Po sporym sukcesie, jaki był
udziałem The Black Keys na wcześniejszym etapie historii duetu, można śmiało
założyć, że każde nowe studyjne wydawnictwo formacji ze stanu Ohio będzie
sporym wydarzeniem w branży muzycznej. Ale Dan Auerbach i Patrick Carney swoich
fanów ostatnimi czasy nie rozpieszczają. Ja po raz pierwszy zetknąłem się z
nazwą The Black Keys w okolicach premiery siódmego krążka grupy – El Camino. Był to rok 2011, może 2012,
zespół był wtedy na scenie już dekadę i – jak wspomniałem – wydawał już swój
siódmy album. Na następny trzeba było czekać aż trzy lata, a na ten najnowszy
aż pięć kolejnych. Znudzenie? Zmęczenie? Zwykła przezorność, żeby nie „przedobrzyć”?
Pewnie wszystko po trochu plus zmiany w życiu osobistym. W sumie trzyletnia
przerwa w jakiejkolwiek aktywności The Black Keys nie wyszła im chyba na złe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modern rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modern rock. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 13 sierpnia 2019
środa, 3 kwietnia 2019
The Last Internationale - Soul on Fire [2019]
The Last Internationale to grupa
z Nowego Jorku, która zadebiutowała dobrą dekadę temu i zdążyła już wypuścić
kilka interesujących wydawnictw, choć mam wrażenie, że pewien rozpęd, który był
udziałem zespołu, gdy dołączył do niego Brad Wilk z Rage Against the Machine, a
potem udało się dostać jako support na trasy kilku legend rocka, jakoś stracił
w ostatnim czasie na mocy. Zastanawiałem się nawet, czy to aby nie koniec
zespołu. Tak to jakoś jest ostatnimi czasy, że te nowe, wyskakujące z różnych
miejsc dwu i trzyosobowe formacje grające nowoczesną wersją garażowego rocka,
często pojawiają się nagle i równie nagle znikają po jednej czy dwóch płytach.
Na szczęście The Last Internationale nie zniknęli. Duet Delili Paz (wokale,
bas, gitara akustyczna, instrumenty klawiszowe) i Edgeya Piresa (gitara) – tym
razem wspomagany przez Joeya Castillo (większość płyty) i Claudia Tavaresa
(trzy utwory) na perkusji – powrócił bardzo udanie albumem Soul on Fire, na którym znajdziemy dziesięć raczej niezbyt
skomplikowanych, ale bardzo przyjemnych i wpadających w ucho, przeważnie
niezwykle dynamicznych i efektownych rockowych numerów.
piątek, 23 marca 2018
Jack White - Boarding House Reach [2018]
Dziwna to płyta. Dziwny to wykonawca. Jack White to
niewątpliwie jedna z najciekawszych postaci w świecie rocka ostatnich 25 lat.
Jest tym dla mainstreamowego rocka, kim dla prog rocka jest Steven Wilson. I
podobnie jak jego bosonogi, wątły odpowiednik, wydaje płyty pod różnymi
szyldami. Mnie zawsze najbardziej odpowiadała muzyka wydawana po prostu pod
jego imieniem i nazwiskiem, stąd na następczynię Blunderbuss i Lazaretto
czekałem z dość dużą ekscytacją, wszak zwłaszcza druga z tych płyt to według
mnie absolutna czołówka tej dekady. Boarding
House Reach ukazała się dzisiaj i jest hmmm – czy ja już tego nie pisałem?
– dziwna.
niedziela, 1 października 2017
Simo - Rise & Shine [2017]
J.D. Simo i jego trio przypomina
o sobie półtora roku po premierze poprzedniego krążka, Let Love Show the Way. Na tym poprzednim albumie panowie łoili
blues-rocka z domieszką psychodelii aż miło, czerpiąc pełnymi garściami z
dorobku takich artystów jak Cream, The Jimi Hendrix Experience czy The Allman
Brothers Band. Zwracałem jednak uwagą przy okazji tamtego krążka, że sporo też
w muzyce tria elementów znanych choćby z wczesnych płyt Lenny’ego Kravitza. I
te nawiązania są dużo wyraźniejsze na najnowszej płycie formacji – Rise & Shine. Posunę się nawet do
stwierdzenia, że fani Kravitza czy choćby też Prince’a powinni obowiązkowo
sięgnąć po ten album, bo jestem przekonany, że im się ta płyta spodoba.
wtorek, 16 sierpnia 2016
Jeff Beck - Loud Hailer [2016]
Kolejna legenda gitary wydala w
tym roku swoją nową płytę solową. Jeff Beck u nas chyba nigdy nie miał takiego statusu
jak Clapton, Hendrix, Page czy Gilmour, ale w rodzimej Wielkiej Brytanii jest z
pewnością stawiany na jednej półce z tymi panami i trudno się Brytyjczykom
dziwić. Pod koniec lat 60. każdy gitarzysta w Londynie chciał grać jak Beck,
choć niewielu było w stanie. To się pewnie nie zmieniło, mimo że facet ma 72
lata. Tempo pracy może już nie zawrotne, wszak Loud Hailer to jego pierwsza studyjna płyta od 6 lat, ale mądrzy
ludzie mawiają, że ważniejsza jakość od ilości. Nie wiem czy to kwestia geniuszu,
czy może tego, że sił dodają mu młode panie, które zaprasza do wspólnych nagrań
– efekt w każdym razie jest godny uwagi i tym razem. Loud Hailer skłania do bujania, kiwania, tupania, kołysania i
kocich ruchów, o które sami byście się nigdy nie podejrzewali.
Etykiety:
2016,
blues rock,
bones,
carmen vandenberg,
future rock,
hard rock,
jeff beck,
loud hailer,
modern rock,
r&b,
recenzja,
rock,
rosie bones,
soul
Subskrybuj:
Posty (Atom)



