Od premiery jedenastego
studyjnego albumu Europe upłynęło już kilkanaście dni, a na blogu do tej pory
cisza, mimo że czekałem na tę płytę. Przypadek? Nie sądzę! No dobrze, może
jednak trochę przypadku w tym było, ale jednak nie tylko. Słuchałem już tego
krążka kilkanaście razy, a mimo to wciąż mam z nim problem – nie do końca
potrafię przelać na wirtualny papier swoje myśli związane z Walk the Earth. Niby mi się podoba
(momentami nawet bardzo), ale nie do końca wiem czemu, niby coś pasuje mi mniej
niż w przypadku War of Kings, ale też
nie wiem, czy potrafię sprecyzować co. Zacznę może od tego, że Walk the Earth to naprawdę udana płyta.
To dobry początek.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą europe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą europe. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 6 listopada 2017
sobota, 2 września 2017
Zapowiedzi płytowe - część 3
Ciekawych nowości płytowych mieliśmy już w tym roku naprawdę sporo, ale i tak wygląda na to, że była to ledwie rozgrzewka. Trzeci trymestr zapowiada się kapitalnie! Poniżej znajdziecie pierwsze muzyczne zapowiedzi kilkunastu krążków, o których na pewno będę pisał w kolejnych tygodniach.
Gin Lady – Rolling Thunder [Electric Earth] (premiera 15 września)
Etykiety:
2017,
black country communion,
europe,
foo fighters,
gin lady,
hard rock,
kadavar,
lunatic soul,
premiera,
prog rock,
robert plant,
sons of apollo,
stoner rock,
wucan,
zapowiedź
niedziela, 6 sierpnia 2017
Europe - The Final Countdown 30th Anniversary Show - Live at the Roundhouse [2017]
Europe to jeden z
najklasyczniejszych przykładów zespołu, który jest więźniem sukcesu swojego
najbardziej znanego numeru. The Final
Countdown zna każdy fan rocka, a i większość słuchaczy innych muzycznych
gatunków bez problemu rozpozna tyleż porywający co kiczowaty, klawiszowy motyw
przewodni. Jakiś procent z pewnością skojarzy też ckliwą balladkę Carrie oraz dynamiczne Rock the Night. Dla 99% fanów rocka na
tym wiedza o Europe się kończy. Szkoda, bo pomijając kilka innych naprawdę
dobrych numerów z lat 80. i początku lat 90., Europe mają także sporo do
zaoferowania teraz, kiedy na początku XXI wieku powrócili w klasycznym składzie
po dekadzie ciszy. Ich ostatnia płyta – War
of Kings wydana w 2015 roku – to według mnie ich najmocniejszy materiał, a
poprzednia – Bag of Bones z roku 2012
– ustępuje jej tylko nieznacznie. Końcówka 2016 roku przyniosła europejską
trasę Europe, podczas której grupa świętowała trzydziestolecie swojego
najbardziej znanego albumu. Naturalnym krokiem była próba zagrania tej płyty w
całości podczas koncertów. Równie naturalnym posunięciem byłoby wypełnienie
reszty czasu na scenie zbiorem największych hitów, ale zespół na łatwiznę nie
poszedł. Album The Final Countdown
wypełnią drugą część koncertowego wydawnictwa zatytułowanego The Final Countdown 30th Anniversary Show –
Live at the Roundhouse, zarejestrowanego w kultowej londyńskiej sali koncertowej.
Część pierwszą w całości wypełniły utwory ze wspomnianej już płyty War of Kings. Kupując to wydawnictwo,
otrzymujemy zatem niejako dwa oblicza Europe w jednym pakiecie – stare,
doskonale znane, „ejtisowe” Europe z efektownymi solówkami, wielkimi przebojami
i czasem nieco kiczowatymi klawiszami, oraz obecne, hardrockowe, oparte częściej
na współbrzmieniu ciężkich gitar i organów Hammonda. Trudno traktować to jako
pojedynek – w końcu to wciąż ten sam zespół, w dodatku w tym samym składzie.
Raczej naturalne dopełnienie. W dodatku przeprowadzone w bardzo odważny sposób.
czwartek, 31 grudnia 2015
Bizon's Best of 2015 - płytowe podsumowanie roku
PŁYTOWE PODSUMOWANIE ROKU 2015
Rock nie umarł. Rock nie ma nawet kataru ani rozwolnienia. Rock u schyłku 2015 roku ma się świetnie bez względu na to, co próbują wszystkim wmówić mainstreamowe media. Jeśli głoszą coś innego, to jest to tylko ich problem. Twierdzenie, że w 2015 roku wyszło mało ciekawych płyt rockowych, byłoby jak powierzenie Ministerstwa Obrony Narodowej psychopacie... a, sorry. Ale wróćmy do muzyki. Wielcy i weterani radzili sobie różnie. Jedni stanęli na wysokości zadania (Europe, Gilmour, Thunder, Cornell, Maideni), inni popadli w przeciętność (E.L.O., Knopfler, Whitesnake, UFO, Schenker, Black Star Riders) lub już chyba na dobre pogrążyli się w żenadzie (Scorpionsi, Bon Jovi). Zdecydowanie więcej radości przyniosły mi albumy mało znanych lub zupełnie anonimowych grup, głównie skandynawskich (co nie jest chyba żadnym zaskoczeniem). I to one stanowią większość poniżej listy - oczka, które wypadło mi po przejrzeniu grubo ponad stu poznanych w tym roku albumów. To był świetny rok dla rocka! Kto twierdzi inaczej, mało słyszał lub jest muzycznym ignorantem. Bez względu na to, czy kręci cię muzyka progresywna, rock symfoniczny, stoner, psychodelia czy wreszcie klasyczny hard rock, nie ma takiej możliwości, żebyś nie znalazł(a) wśród tegorocznych wydawnictw mnóstwa muzyki dla siebie. Chyba że od 20 (40, 50...) lat słuchasz w kółko tych samych zespołów, ale po co byś tu wtedy wchodził(a)? Jestem przekonany, że rok 2016 będzie pod względem wydawnictw płytowych równie udany.
Etykiety:
agusa,
best of 2015,
chris cornell,
europe,
ghost,
gin lady,
grusom,
hair of the dog,
lion shepherd,
mondo drag,
old man's will,
podsumowanie roku,
riverside,
sacri monti,
thunder,
vintage trouble,
welshly arms
czwartek, 5 listopada 2015
Europe / The Vintage Caravan [support: Coria] - Warszawa [Progresja], 3 XI 2015 [galeria zdjęć]
Ile sekund trzeba, żeby półtora
tysiąca ludzi niemal podniosło dach sporego klubu muzycznego? Wystarczy kilka,
jeśli są to sekundy, gdy na scenie pojawia się Europe. Ilu Islandczyków trzeba,
by przygotować ten tłum na takie szaleństwo i zagrać jeden z najlepszych
koncertów w roli supportu, jaki widział ten kraj w ostatnich latach? Tylko
trzech, jeśli są nimi muzycy The Vintage Caravan. Wspólny występ
szwedzko-norweskiej legendy rocka i młodzieży z odległej wyspy był niewątpliwie
jednym z koncertowych wydarzeń tego roku, nawet jeśli nikt nie reklamował go w
ten sposób. Nie musiał – muzyka obroniła się sama. The Vintage Caravan
pokazali, że rockowi daleko do śmierci, bo są całe zastępy młodych kapel, które
będą przynosić nam radość przez kolejnych kilkadziesiąt lat. Weterani
udowodnili, że są w lepszej formie niż za czasów swojej największej
popularności, a pomogło im w tym aż sześć kompozycji z tegorocznej, kapitalnej
płyty War of Kings oraz kilka dobrze znanych hitów sprzed 25 czy 30 lat –
Superstitious, Ready or Not czy Girl from Lebanon. Była też oczywiście „wielka
trójka” z płyty The Final Countdown: Carrie, Rock the Night i naturalnie utwór
tytułowy zagrany na sam koniec. Chyba niewiele osób w wypełnionym niemal po
brzeg klubie Progresja miało prawo czuć zawód. Jako support przed zagranicznymi
gwiazdami (tak, The Vintage Caravan to dla mnie także gwiazdy tego wieczoru)
wystąpiła polska Coria, która – co nietypowe dla zespołów otwierających koncert
– miała okazję zaprezentować się przed naprawdę licznym tłumem, który już o 20
był pod sceną warszawskiej Progresji.
Podziękowania dla organizatora koncertu – Metal Mind
Productions – za możliwość fotografowania.
Druga galeria mojego autorstwa wraz z dłuższym tekstem o
samych występach tutaj.
piątek, 6 marca 2015
Europe - War of Kings [2015]
Mało jest w historii rocka
przypadków tak udanych transformacji muzycznych. Po dziesięciu latach niebytu
grupa Europe powróciła w XXI wieku i rozpoczęła zupełnie nowy etap swojej działalności.
Plastikowa produkcja, cukierkowe plamy klawiszowe i słodkie refreny odeszły w
niepamięć, zastąpiły je gęste, hardrockowe aranżacje i potężne brzmienie
organów. Na początku mogło to być spore zaskoczenie zarówno dla fanów zespołu,
jak i dla jego przeciwników. Teraz, przy piątej płycie od czasu powrotu,
zaskoczenia już nie ma – jest za to wciąż świetna muzyka.
Rzadko się zdarza, żeby singiel
był mocnym punktem albumu. Najczęściej krążek promuje kompozycja, która jest
chwytliwa na tyle, że ma szansę przebić się w stacjach radiowych. I numer
tytułowy z War of Kings pewien potencjał
komercyjny oraz odpowiednią dawkę przebojowości z pewnością ma, ale to przede
wszystkim świetny rockowy kawałek z absolutnie mocarnym motywem klawiszowym w
refrenie. Może gdyby częściej single promujące albumy rockowe brzmiały w ten
sposób, nie musiałbym prowadzić audycji radiowej, w której nie ma miejsca dla
przebojów. Kolejne dwa numery – Hole in
My Pocket i Second Day – robią
sporo hałasu w starym dobrym rockowym stylu, ale mam jednak wrażenie, że gdyby
nie było ich na płycie, strata nie byłaby aż tak wielka. Co innego Praise You. Pierwsze zwolnienie i
wycieczka w klimaty zabarwione bluesem. Gęsta atmosfera, bardzo wysmakowana
partia gitary i klimatyczne tło klawiszowe. Bardzo odpowiada mi brzmienie
zespołu, w czym na pewno niemała zasługa producenta Dave’a Cobba, człowieka,
który jest nadwornym producentem płyt mojego ulubionego współczesnego zespołu
rockowego – Rival Sons. Posłuchaj tego numeru, prześmiewco, i powiedz mi prosto
w twarz (no dobrze, może być w ekran), że to plastik! Świetne wrażenie robi
także ciężkie Nothin’ to Ya z
potężnym gitarowo-organowym riffem, gęstą perkusją Iana Hauglanda i kolejną
partią gitary Johna Noruma silnie zakorzenioną w muzyce bluesowej.
Druga część płyty nie tylko nie
zawodzi nadziei rozbudzonych bardzo udanym startem, ale z każdym numerem robi
coraz lepsze wrażenie. Children of the
Mind ma intrygujący, nieco surowy i tajemniczy klimat, który mocno
kontrastuje ze słodkimi piosenkami, z którymi większość słuchaczy może kojarzyć
Europe. Z kolei Rainbow Bridge jest
przesiąknięte interesującymi motywami kojarzącymi się z muzyką Bliskiego
Wschodu. Spokojne tempo, wyraźnie zaznaczony rytm i egzotyczny klimat w połączeniu
z chwytliwym refrenem zbudowanym na gęstym tle organowym – tak brzmi Europe XXI
wieku. Angels (with Broken Hearts)
jest absolutnie obłędne. To chyba jedyna klasyczna ballada na albumie i wygląda
na to, że zespół poszedł w jakość, nie w ilość, bo to prawdopodobnie jeden z
najlepszych numerów tej grupy. Oszczędny aranż w zwrotkach, w których dominuje
delikatna gitara i subtelne organy w tle, a potem genialnie chwytliwy refren,
który buja niesamowicie bez wpadania w muzyczny patos. Joey Tempest śpiewa z
wyczuciem, oszczędnie, bez przesadzonej ekspresji. Jego głos jest szlachetny,
używa go na pewno oszczędniej niż dawniej, ale chyba mądrzej, z większym
wyczuciem i kontrolą. W tym numerze słychać jak bardzo dojrzał cały zespół. To
jeden z tych kawałków, które trudno wyłączyć, choćby nie wiem jak dobre było
to, co następuje później. Pewnie nie ma co liczyć na wersje koncertowe – trudno
będzie odtworzyć tak fantastyczny klimat na żywo, a i tak drastyczne zwolnienie
w środku koncertu pewnie zaburzyłoby dynamikę występów grupy, ale może warto
poeksperymentować? Jeśli udałoby się choćby w części odtworzyć atmosferę tej
kompozycji, jestem przekonany, że publiczność byłaby zachwycona. Po Angels (with Broken Hearts) zostaje już
tylko Light Me Up – ciężki,
monumentalny wręcz numer, ponad sześć minut gęstych organowych riffów,
gitarowych popisów i solidnego perkusyjnego łomotu na sam koniec. I jeszcze
mały bonus – instrumentalny utwór Vasastan,
który pojawia się na limitowanej wersji albumu. Bardzo delikatny, spokojny
numer, utrzymany w fantastycznym, nieco sennym klimacie. Brzmi niczym hołd
oddany przez Johna Noruma Gary’emu Moore’owi. Nie wiem, czy taki był zamysł
Noruma, ale duch irlandzkiego gitarzysty niezaprzeczalnie unosi się nad tym
kawałkiem, choć nie do końca wiem, po co na sam koniec – już po wyciszeniu –
dołożono fragment utworu tytułowego. To jednak szczegół, którym nie warto się
przejmować, zwłaszcza jeśli przez ostatnie 54 minuty słuchało się tak dobrej
płyty.
![]() |
| photo: Jakub "Bizon" Michalski |
War of Kings to bardzo udana, świeża płyta hardrockowa, łącząca
ciężar z melodiami, przeszłość z teraźniejszością, wykonawczą biegłość z
rockowymi emocjami. To album, który umacnia pozycję Europe jako jednego z
najlepszych rockowych zespołów XXI wieku, choć wielu fanów rocka wciąż nie
zauważyło, że nagrali cokolwiek poza utworem The Final Countdown. To już pewnie nigdy się nie zmieni, taki los
zespołów, które wryły się w świadomość dużej grupy osób tak bardzo, że
jakiekolwiek zmiany wizerunku i muzycznego kierunku niewiele pomagają. Muzycy
Europe znaleźli na swój zespół nowy pomysł i wypada im tylko pogratulować tego,
że tak znakomicie odnaleźli się w czasach, kiedy plastikowy rock lat 80. jest
częściej obiektem nie do końca niezasłużonych drwin niż zachwytów. Co by nie
mówić, niewiele grup z tych, które w latach 80. mogły cieszyć się tak
gigantyczną popularnością, wciąż istnieje (w dodatku w najbardziej znanym
składzie) i nagrywa płyty, których ktokolwiek chce jeszcze słuchać. Powiem
szczerze – nie tęsknię za starym Europe. Dla mnie mogliby podczas koncertów
wykonywać tylko materiał z pięciu ostatnich płyt nagranych po powrocie i byłbym
szczęśliwy. To oczywiście niemożliwe, ale kto mi zabroni głośno o tym marzyć?
---
Zapraszam na
współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
Subskrybuj:
Posty (Atom)





