Tascam Tapes – ostatnia płyta DeWolff – to pierwszy zgrzyt w moich
relacjach z muzyką tego zespołu. Do tej pory podobało mi się wszystko, co
nagrywali, a do tego zachwyciłem się ich koncertem, na którym byłem kilka lat
temu. Tascam Tapes to według mnie eksperyment, który w teorii może i był
ciekawy, ale wyszedł bardzo średnio. Przypomnę – to album, który zespół nagrał
w trasie, na małym rejestratorze, w sposób mocno minimalistyczny, niemal
bezkosztowo. Miało to chyba dowieść, że da się zrobić współcześnie dobrą i
brzmiącą zacnie płytę rockową w vanie, z minimalną ilością sprzętu. No cóż,
może się da, ale tamta płyta akurat tego nie potwierdziła, bo choć nie
brakowało na niej fajnych pomysłów, to całość przybrała po prostu formę
zalążków utworów, które nie zostały dostatecznie dopracowane oraz dopieszczone
w studiu. Na szczęście tym razem holenderskie trio nie eksperymentowało –
przynajmniej nie w taki sposób – i wypuściło regularny, „normalny” album
DeWolff.
