poniedziałek, 2 lutego 2015

Steve Rothery - The Ghosts of Pripyat [2014]


Rozsiądź się wygodnie w fotelu, włącz przycisk „play” (uwaga, jeśli nie masz pilota, należy najpierw wcisnąć „play”, bo inaczej rozsiadanie się jest zupełnie bez sensu) i delektuj się. Masz na to niemal godzinę. Kolejne 55 minut upłynie ci pod znakiem fantastycznych doznań słuchowych i pięknego brzmienia gitary. Płyty solowe znanych gitarzystów niosą ze sobą pewne ryzyko, zwłaszcza jeśli są to albumy instrumentalne. Często niby wszystko jest ładne i przyjemne, ale brakuje emocji, a w zamian dostajemy jedną wielką popisówkę. Nie w tym przypadku! Steve Rothery, gitarzysta Marillion, w końcu wydał swoją pierwszą prawdziwą studyjną płytę solową i chyba należy uznać, że zwlekanie z tym krokiem mogło być niezłym pomysłem. Wydał, kiedy uznał, że ma coś, co warto przedstawić światu. Miał rację. Uwagę zwraca już okładka. Właściwie to wygląda jakoś tak… znajomo. Jak typowe polskie blokowisko straszące wielką płytą, starymi huśtawkami na obskurnych placach zabaw i koszmarnymi betonowymi sklepami z „typową panią Grażynką”, która niezmiennie w tym samym plastikowym czepku na głowie sprzedaje od 40 lat wędlinę i „chlebuś”. Tylko ludzi na ulicach jakby brak. To Prypeć – miasto-widmo, ewakuowane w całości po awarii elektrowni w Czarnobylu i od tamtej pory całkowicie opuszczone. Prawdziwe miasto duchów. To smutny, wręcz przerażający widok. W pewnym sensie ten smutek i melancholia obecne są także w muzyce zawartej na The Ghosts of Pripyat.

Na album składa się siedem instrumentalnych numerów, w których oczywiście dominuje brzmienie gitary, ale na pewno nie jest to płyta „popisowa”. O tym, że Rothery potrafi wyczarować nieziemsko piękne melodie za pomocą swojego instrumentu, wie chyba każdy fan rocka z jakimkolwiek słuchem muzycznym i odrobiną gustu. Marillion można lubić lub nie (aczkolwiek lepiej lubić…), ale geniuszu Rothery’emu odmówić się nie da. Gdyby nie on, pewnie nie byłoby Riverside, nie byłoby Collage, nie byłoby w końcu zapewne Porcupine Tree, którego lider – Steven Wilson – pojawia się w kompozycji Old Man of the Sea i gra absolutnie cudowną partię gitary. Zresztą cały numer zachwyca bardzo oszczędnym klimatem, znakomicie rosnącą intensywnością brzmienia oraz świetnymi wstawkami basu Yatima Halimiego i klasycznym progrockowym współbrzmieniem gitary i klawiszy. Niemal 12 minut absolutnie fantastycznych doznań słuchowych. To numer, który pokocha każdy fan niezwykle popularnej w Polsce w środowisku fanów muzyki progresywnej grupy Airbag, bo nie da się ukryć, że gitarzysta norweskiej formacji Bjørn Riis – o którego solowej płycie także niedawno pisałem – prezentuje podobny styl gry i porusza się po zbliżonych rejonach na mapie muzycznych emocji. Pisałem o tych, których nie byłoby, gdyby nie Rothery. Rothery’ego pewnie nie byłoby, gdyby nie Steve Hackett – legendarny gitarzysta klasycznego składu Genesis. I on także pojawia się na The Ghosts of Pripyat, ozdabiając brzmieniem swojej gitary wspomniane już Old Man of the Sea, ale także otwierający krążek numer Morpheus – błyskawicznie upływające osiem minut wypełnione wspaniałymi „dźwięzażami” (w tym miejscu ujawniają się moje słowotwórcze zapędy). O takim utworze marzyłem przy okazji wydania pewnej zeszłorocznej płyty z bezkresną rzeką w tytule… Można się domyślać, że gościnny udział mistrza Hacketta był dla Rothery’ego źródłem olbrzymiej radości. Aż chciałoby się, żeby panowie nagrali razem całą płytę, ale nie wiem, czy ktokolwiek zniósłby tyle gitarowego piękna przez dłuższy czas. Może lepiej pozostać przy takich pojedynczych smaczkach.

Podobają mi się przyjemne orientalizmy w Kendris, które w połączeniu z nieco „plemiennym” motywem perkusyjnym i pewną lekkością czy nawet skocznością tego numeru, tworzą bardzo ciepły, niemal radosny klimat, co jest miłym urozmaiceniem na tej dość spokojnej i melancholijnej płycie. White Pass oferuje w pierwszej części dźwięki lekko knopflerowskie, zahacza o klimaty amerykańskich bezdroży i niemal można wyobrazić sobie historię opowiadaną tu bez słów. Zaskoczeniem jest druga część tego utworu, która przynosi powtarzający się motyw gitarowy i trochę mocniejsze brzmienie. To jedna z tych kompozycji, które hipnotyzują powracającymi motywami i wciągają coraz intensywniejszymi dźwiękami. Wspomniana druga część to także jeden z niewielu momentów, kiedy robi się nieco głośniej i mocniej, choć warto zauważyć, że w większości kompozycji przez dłuższą lub krótszą chwilę muzycy serwują nam zintensyfikowane doznania dźwiękowe. Tak jest na przykład w Yesterday’s Hero, które przez większość czasu koi delikatną melodią, ale w drugiej części nabiera intensywności, łącząc floydowe melodie z motywem gitarowym, który brzmi niezwykle… „szkocko”. Bardzo ciekawe jest Summer’s End, które rozpoczyna się niezwykle delikatnie i niemal sielsko, lecz w drugiej części nabiera rozpędu, a zamiast delikatnych muśnięć strun, słyszymy ognistą partię „elektryka” i znakomicie uzupełniające gitarę, wycofane nieco w miksie organy. Aż trochę szkoda, że nie zaproszono ich na moment na pierwszy plan. Podobnie zresztą jak w zamykającym krążek utworze tytułowym, który aż prosi się o dalsze rozwinięcie gitarowo-organowe. Ale może myślę zbyt mocno w kategoriach hardrockowych, a to przecież płyta, która z klasycznym, ognistym hard rockiem nie ma wiele wspólnego, poza użytym instrumentarium.

Chyba jedyną rzeczą, która nieco przeszkadza mi na tym krążku, jest pewna przewidywalność. Większość kompozycji płynie według zbliżonego schematu – niezwykle spokojne, „senne” rozpoczęcie, mozolne budowanie klimatu i długie rozwinięcie, a następnie coraz większa intensywność bliżej końca utworu. Ale to chyba jedyny poważniejszy minus tego albumu. Rothery gra wybornie, sławni goście bardzo przyjemnie zaznaczają swoją obecność, zaś zespół towarzyszący gitarzyście może nie powala nas technicznymi fajerwerkami ani zapierającymi dech w piersi partiami solowymi, ale zapewnia solidne „tło”. Nie przeszkadza też brak wokalu. Łatwiej skupić się na partiach instrumentalnych, a i miło usłyszeć Rothery’ego w takiej odsłonie. Nie ukrywam, że mój organizm toleruje wokale Steve’a Hogartha tylko w pewnych dawkach i mimo tego, że bardzo gościa szanuje i są takie nagrania „obecnego” Marillion, które bardzo cenię, a w niektórych przypadkach nawet uwielbiam, to jednak na dłuższą metę nie potrafiłem wgryźć się w „post-rybną” twórczość tej grupy. The Ghosts of Pripyat mój organizm toleruje za to z łatwością i jeśli mam być szczery, to będę do tej płyty wracał częściej niż do któregokolwiek z krążków zespołu na M z ostatniego ćwierćwiecza. To jest świetne wydawnictwo dla tych, którzy Rothery’ego mogliby słuchać bez końca, ale właśnie niekoniecznie w połączeniu z obecnym wokalistą jego macierzystego zespołu, co oczywiście zapewne nie przeszkodzi także wiernym fanom tej grupy zachwycać się tym albumem. W końcu ważniejsze od tego, czego (lub kogo) na nim nie ma, jest to, co i kto na nim jest. Jest Rothery, jego cudowna gitara i wyjątkowa zdolność do tworzenia i grania wspaniałych melodii. A to dużo… bardzo dużo.



---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz