Oczekiwania musiały być ogromne. IV – wydany w 2016 roku ostatni do niedawna album kanadyjskiej formacji Black Mountain – to jedna z moich dwóch
ulubionych płyt tamtego rocznika, o czym zresztą pisałem na blogu. Ba, to w
ogóle jedna z moich ulubionych współczesnych płyt. Co prawda od wydania tego
krążka z obozu zespołu nie dochodziły zbyt pozytywne wieści, ale nawet zmiana
basisty (wrócił dawny), perkusisty i wokalistki (spowodowana odejściem
perkusisty) – jednego z dwóch głównych głosów w zespole – nie osłabiły mojej
wiary w to, że nowy materiał ponownie mnie zachwyci. I faktycznie zachwycił.
Momentami.
