piątek, 6 marca 2015

UFO - Warszawa [Stodoła], 4 III 2015 [galeria zdjęć]

46 lat istnienia, 21 płyt studyjnych na koncie i kilka wielkich klasyków rocka w katalogu. Być może od lat największej świetności i popularności grupy UFO minęło już sporo czasu, być może skład, w którym obecnie występuje zespół, to tylko połowa (no dobrze - przy bardzo korzystnym liczeniu 3/5) tego najbardziej znanego, klasycznego wcielenia UFO, ale panowie trzymają się całkiem nieźle. Udowadnia to nowy krążek zespołu - A Conspiracy of Stars - o którym więcej napiszę już wkrótce. Udowodnił to też koncert UFO w warszawskiej Stodole. Panowie pokazali, że wciąż bawią się całkiem nieźle, a młoda gwardia w zespole - gitarzysta Vinnie Moore (w UFO od 2003 roku) i basista Rob De Luca (pomagający zespołowi od 2008 roku) - wcale nie zamierzała kryć się w cieniu bardziej doświadczonych kolegów - członków oryginalnego składu, Phila Mogga i Andy'ego Parkera, oraz wieloletniego klawiszowca i drugiego gitarzysty Paula Raymonda. Muzycy są w dobrej formie, wykonawczo nie ma się w zasadzie do czego przyczepić. Dźwiękowiec też spisał się solidnie i zespół naprawdę zabrzmiał przyjemnie. Oczywiście nie zabrakło największych hitów grupy (choć wciąż nie mogę przeboleć braku Love to Love), były też kompozycje z późniejszych płyt, a także dwa numery ze wspomnianego nowego albumu. Jedynym poważniejszym minusem była długość koncertu. 80 minut to trochę mało jak na zespół z takim dorobkiem, chciałoby się chociaż z kwadrans więcej. Nie powalała też frekwencja. Nie wiem, jak to jest, że goście wyprzedają koncerty w Niemczech, grając tam po kilkanaście występów podczas trasy, a w Polsce na jeden z dwóch koncertów przychodzi na oko z 300 osób. Ludzie, to przecież legenda rocka! Zespół, który nagrywał tak legendarne numery, jak Doctor Doctor, Lights Out czy Rock Bottom. Naprawdę nie ma w tym kraju więcej chętnych na usłyszenie na żywo tak świetnych kompozycji?

Podziękowania dla Klubu Stodoła za zaproszenie i możliwość fotografowania podczas koncertu.
Więcej zdjęć tutaj / More photos here: https://www.flickr.com/photos/jakubbizonmichalski/sets/72157651177323871














































Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. Nie bądź bucem, nie kradnij cudzej własności. Chcesz się nimi podzielić - podlinkuj ten wpis.
---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

środa, 4 marca 2015

Thunder - Wonder Days [2015]


Angielska grupa Thunder jest absolutnie fatalna w kończeniu kariery. Po raz pierwszy próbowali w 1999, tuż po obchodach dziesiątej rocznicy istnienia zespołu, ale pożegnanie przeciągnęło się o rok. Wytrzymali bez siebie dwa lata i zeszli się. Nagrali kilka kolejnych płyt studyjnych, po czym w 2009 roku postanowili pożegnać się po raz drugi. I tym razem nie wytrzymali długo w swoim postanowieniu, bo już w 2011 roku wrócili na moment na odbywający się w Londynie festiwal High Voltage, po którym oczywiście zagrali kolejne koncerty, najpierw na specjalne okazje, potem już zupełnie bez okazji. Kwintesencją absolutnego braku umiejętności kończenia kariery jest wydana dwa tygodnie temu dziesiąta płyta w dorobku Thunder – Wonder Days. Jakie to szczęście, że czegoś nie potrafią. Gdyby odchodzenie szło im tak dobrze, jak tworzenie znakomitego, chwytliwego hard rocka, Wonder Days nigdy by się nie ukazało i choć pewnie świat rocka nie zatrząsłby się w posadach z tego powodu, mnie byłoby trochę smutno, bo to dobra płyta jest – tak po prostu.

Nie oszukujmy się – Thunder to nie jest grupa, która eksperymentuje. To doświadczony zespół hardrockowy, który ma swój charakterystyczny styl i tego stylu się trzyma. Ale trzeba też zaznaczyć, że styl ten ma o wiele więcej odcieni niż w przypadku choćby AC/DC. W przypadku Wonder Days od pierwszych sekund nie ma żadnych wątpliwości, że słuchamy płyty Thunder, ale jednocześnie nie ma się też wrażenia, że zapętlił nam się jeden utwór. Jeśli nawet ktoś miałby wątpliwość, kto pocina takie riffy na początku otwierającego płytę utworu tytułowego, pierwsze wejście nieco szorstkiego wokalu Danny’ego Bowesa wspomniane wątpliwości natychmiast rozwiewa. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych wokalistów hardrockowych jest dalej w wyśmienitej formie mimo 55 lat na karku. Młodzieniec z burzą długich ciemnych loków, który 25 lat temu siał spustoszenie i czarował młode damy w teledysku do Dirty Love, zmienił się w eleganckiego pana w średnim wieku z krótko przystrzyżonymi siwymi włosami, ale głos to dalej jego ogromny atut. Zresztą tak naprawdę grupa nie zgubiła po drodze przez te ćwierć wieku od swojego powstania żadnej z cech, które sprawiały, że w swojej ojczyźnie panowie grali na największych festiwalach i regularnie pojawiali się na listach przebojów (choć tylko raz w top20). Największą siłą Thunder zawsze były melodie. Ci goście są absolutnymi mistrzami w tworzeniu hardrockowych numerów, które natychmiast podrywają z miejsca i powalają chwytliwością. Nie wierzę, że któregokolwiek fana dobrego hard rocka nie porwie Black Water – jeden z absolutnie najlepszych kawałków w historii grupy. Fantastyczny, bluesowy riff, klasyczny hardrockowy aranż z gęstym tłem, mocno zaznaczony rytm, refren, który za cholerę nie chce wyleźć z głowy, świetne chórki i krótkie, ale treściwe solo, a do tego dosłownie kilkusekundowe zwolnienie w jazzowych klimatach, które zresztą jest znakomicie rozwijane podczas akustycznych wykonań tego numeru – wszystko zawarte w niespełna czterech minutach. Rany, jak tego się świetnie słucha! Prostymi środkami sprawiają, że bujam się na wszystkie strony nawet podczas pisania tych słów. The Thing I Want łączy dynamikę wczesnych płyt ZZ Top i przebojowość Bad Company. Tu w zasadzie nie ma przecież niczego nowego, ale okazuje się, że czasami dobrze znane patenty sprawdzają się znakomicie, pod warunkiem, że nie są powtarzane w każdym numerze na płycie. A na Wonder Days na brak różnorodności narzekać nie można. Oczywiście całość jest utrzymana w klimatach hardrockowych z domieszką bluesa i wiadomo, że nie znajdziemy tu ani psychodelicznych piętnastominutowych odjazdów, ani stonerowego brudu. Natomiast pierwsze kilka numerów, w których dominują mocne gitarowe riffy i spora dynamika, jest przedzielone pół-akustycznym utworem The Rain, w którym – zamiast hardrockowego mięcha – mamy lekko ogniskowy, folkowy klimat, bardzo przyjemną linię basu i nieco hipnotyczny drugi plan w końcowej fazie utworu. Spokojniej i trochę ciszej jest także w Broken, które zachwyca melodyjnością rodem ze starych numerów Eltona Johna (tych z okresu sprzed „sakrifajsów”, „nikitów” i innych „królów lwów”).



Zdecydowana większość z jedenastu utworów trwających w sumie 48 minut to jednak dynamiczne, rockowe numery i w zasadzie w czasach lepszych dla muzyki rockowej prawie każdy z nich miałby szansę na podbój list przebojów. The Prophet wiedzie galopujący riff w stylu klasycznego motywu z utworu Barracuda grupy Heart, połączony z polotem i luzem Lights Out zespołu UFO czy Hall of the Mountain King w wersji Rainbow. Gitarzysta i kompozytor całości materiału na płycie, Luke Morley, gra tu porywająco, ale na uwagę zasługuje też przebijający się z drugiego planu bas Chrisa Childsa, który wcale nie zamierza robić tylko za jednostajne tło. Serpentine rozpoczyna się dość niepozornie od szybkiego, ale akustycznego intra, ale szybko rozkręca się i zaczyna zionąć czystym hardrockowym ogniem. Zamykające płytę I Love the Weekend to z kolei klasyczny rock n’ roll nawiązujący do nagrań Little Richarda czy Chucka Berry’ego. Idealny numer na imprezę w stylu lat 60.

Grupę Thunder poznałem dość niedawno. W 2011 roku pojechałem na wspomniany festiwal High Voltage. Skład festiwalowy był absolutnie bajeczny i nawet mimo całkowitego odpuszczenia najmniejszej sceny, i tak ciągle ganiałem pomiędzy sceną główną a progresywną, wychodząc w trakcie jednego świetnego koncertu, by załapać się choć na fragment innego. Nazwa Thunder nic mi nie mówiła, więc zdziwiłem się, że grają na dużej scenie jako trzeci od końca – po nich miała pojawić się już tylko rockowa supergrupa Black Country Communion i gwiazdy muzyki progresywnej – Dream Theater. Sądziłem, że to jakiś nowy, wrzaskliwy wynalazek, który nie przypadnie mi do gustu i pewnie nie zgromadzi zbyt wielkiego tłumu. Wielkie było moje zdziwienie, gdy w połowie ich występu dotarłem pod główną scenę i usłyszałem absolutnie fantastyczną wersję rockowego klasyka Gimme Some Lovin’, a następnie pełne dynamiki wykonania autorskich kompozycji Thunder, odśpiewanych wspólnie z kilkunastotysięcznym tłumem. Tam naprawdę niemal każdy znał słowa ich piosenek. Pół godziny później nie byłem już tym zdziwiony nawet w najmniejszym stopniu. Ten zespół to rockowy dynamit i album Wonder Days jest tego najnowszym potwierdzeniem. Teoretycznie ta płyta nie przynosi nic nowego. To klasyczny, luzacki hard rock z olbrzymią dawką świetnych, łatwo wpadających w ucho melodii, ale znakomicie zaaranżowany, zagrany i zaśpiewany. A do tego nie przeciągany na siłę do granic pojemności płyty CD. Tyle mniej więcej powinny trwać tego typu płyty, żeby słuchacz mógł się nacieszyć muzyką, ale jednocześnie nie zaczął odczuwać lekkiego znużenia pewną przewidywalnością materiału. Umówmy się – Ameryki na Wonder Days panowie z Thunder nie odkrywają, ale komu to przeszkadza, skoro ta płyta brzmi tak znakomicie i absolutnie świetnie się jej słucha?


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

poniedziałek, 2 marca 2015

Mark Blake - Is This the Real Life? (Queen. Królewska historia) [2015]




Biografie muzyków rockowych to teoretycznie literatura niezbyt wymagająca, zarówno dla twórcy, jak i dla czytelnika. No bo w zasadzie co w tym takiego trudnego? To nie fizyka kwantowa, a rock n’ roll. Chlanie, panienki, tworzenie płyt, skandale, czasami jakaś choroba psychiczna albo przynajmniej silne załamanie nerwowe do kompletu. Chętnych do zdradzenia sekretów gwiazdy też nie brakuje, jak nie z potrzeby przygarnięcia kilku groszy, to choćby ze zwykłej ludzkiej złośliwości, „bo w szkole zabrał mi dziewczynę” albo „jak stał się sławny, to przestał mnie poznawać na ulicy, a i wejściówek na koncerty nie załatwił”. Czytelnicy zazwyczaj i tak wiedzą dość sporo o życiu swoich ulubionych wykonawców, więc tego typu książki służą raczej do odświeżenia sobie kilku anegdot. Coś na zasadzie słuchania po raz setny tych samych historyjek na rodzinnej imprezie i udawania, że jest się zaskoczonym rozwojem wydarzeń. To teoria. W praktyce bywa różnie. Niektórzy autorzy próbują za wszelką cenę wyjść na prawdziwych wirtuozów słowa i każdy bzdet, który nie miał żadnego znaczenia dla życia opisywanej postaci, rozdmuchują do rangi wydarzenia roku, dodając do tego przeintelektualizowane i całkowicie niestrawne opisy każdego najmniejszego szczegółu. Autor jest pewnie z siebie dumny, ale książki czytać się nie da, a tłumacze takiego dzieła pewnie potajemnie planują obicie takiemu delikwentowi facjaty i połamanie wszystkich palców, żeby nigdy więcej już nic nie napisał. No dobrze – nie planują, ale czasem powinni. Inni biografowie piszą w przerwach między podsyłaniem artykułów „superfaktowi”, a posiedzeniami komisji szefa wszystkich Antków. Takie książki najczęściej czyta się dość sprawnie, tylko prawdy w nich tyle, co w pokojowych deklaracjach Władimira Władimirowicza. Jest też  na szczęście trzecia grupa biografii – pozycje rzetelne, ale jednocześnie napisane w taki sposób, że człowiek nie ma wrażenia, że czyta rozprawy filozoficzne greckich mędrców. Jedną z takich biografii jest Is This the Real Life? Marka Blake’a, czyli biografia grupy Queen, która 4 marca ukazuje się na polskim rynku pod tytułem Queen. Królewska historia.

Mark Blake jest dziennikarzem muzycznym. Teoretycznie nie powinno mieć to większego znaczenia, ale w praktyce jest to niezwykle ważna informacja. Blake pisze o muzyce i muzykach, doskonale zdaje sobie sprawę, że czytelnicy sięgając po biografię muzyka lub zespołu, nie oczekują pseudonaukowych bzdetów i opisywania w najdrobniejszych szczegółach zagadnień, które tak naprawdę w życiu bohatera książki miały znaczenie czwartorzędne. Skupia się na twórczości, na cechach charakteru i wydarzeniach, które mogły wpłynąć na zachowanie bohaterów lub ich późniejsze wybory. Robi to w sposób niezwykle przystępny, swobodnym językiem, bez przesadnego komplikowania tego, co przecież skomplikowane być nie powinno. Ale – powtórzę – jest dziennikarzem. Nie dziennikarzyną. Nie szuka taniej sensacji, nie podaje plotek niewiadomego pochodzenia, nie zajmuje się spekulacjami. Nawet jeśli wchodzi na grząski teren skandalu i życiowych zakrętów, stara się robić to z wyczuciem, sprawdzając pochodzenie informacji i przedstawiając wszystko ze smakiem. I przede wszystkim rozmawia. Przy tworzeniu tej książki odbył tych rozmów przynajmniej kilkadziesiąt. O muzykach grupy Queen rozmawiał z ich przyjaciółmi z dzieciństwa, kolegami ze szkoły, pierwszymi dziewczynami, członkami ich pierwszych szkolnych zespołów i współpracownikami. Co ważne – rozmawiał też z samymi bohaterami. Pisanie dla szanowanych angielskich magazynów muzycznych otwiera wiele drzwi, także te do posiadłości muzyków wielkich rockowych grup. Tak naprawdę ta biografia to zbiór opowieści sklejonych narracją autora. Co rusz trafimy na wypowiedzi wspomnianych osób, czasami sprzeczne, bo w końcu każdy z nas widzi pewne wydarzenia nieco inaczej. Ale dzięki tej mnogości wywiadów, które przeprowadził na potrzeby tej pozycji Blake, tę książkę czyta się niemal jak opowieść przy ognisku.

Czy znajdziemy tu cokolwiek nowego? Trudno powiedzieć. Książek o Queen wyszło już kilkadziesiąt, naprawdę dobrych – kilka. O okolicznościach występu Queen na Live Aid napisano już chyba wszystko, o ostatnich latach życia Mercury’ego także. Powszechnie znane są również opowieści o tym, co zainspirowało muzyków do tworzenia ich najbardziej sławnych kompozycji. Tu już chyba niewiele jest do dodania. Ale pozostają różne anegdoty, których w książce Blake’a nie brakuje. Wiedzieliście, że Freddie Mercury i Brian May mieszkali w latach szkolnych zaledwie kilka minut drogi piechotą od siebie, a mimo to nie znali się? Że jeden z muzyków Queen omal nie został członkiem Genesis? Że inny był tak bardzo niezainteresowany nagrywaniem ścieżki dźwiękowej do filmu Flash Gordon, że na pewnej imprezie, gdy puszczono fragment jednej z kompozycji z tego albumu, nie rozpoznał własnego zespołu? Albo że Freddie Mercury był na początku tak nieśmiały, że podczas swojego pierwszego koncertu długo nie mógł się przemóc, by odwrócić się przodem do publiczności? No tak, najwierniejsi fani zapewne wiedzieli, ale oni wiedzą przecież wszystko. A książka Blake’a jest dla tych, którzy wiedzą sporo, ale szukają rzetelnego źródła, by tę wiedzę pogłębić, ale także dla tych, którzy z historią Queen dopiero się zaznajamiają. To biografia grupy Queen – nie jej byłego współpracownika, który opowiada, jakie to były piękne czasy, kiedy jeździł z nimi po świecie, nie żale byłego menedżera, który próbuje dorobić na historyjkach z przeszłości, wreszcie nie samego autora, bo zdarzają się i tacy biografowie, którzy między słowami przemycą tyle informacji o sobie, że po lekturze czujemy, jakbyśmy znali ich lepiej od rzekomych bohaterów książki.

Ci, którzy muszą mieć absolutnie wszystkie wydawnictwa dotyczące grupy Queen, i tak kupią tę pozycję. Co ważne, powinni się w nią zaopatrzyć także ci, którzy nie mają ochoty przebijać się przez 20 czy 30 biografii i chcą mieć na swojej półce tylko te najlepsze, bo nie mam wątpliwości, że książka Marka Blake’a to podium wśród wydawnictw dotyczących historii tej grupy. Polska wersja ukazuje się nakładem wydawnictwa Sine Qua Non. W tekście odnosiłem się do oryginalnego, angielskiego wydania książki. Polskiego tłumaczenia oceniać nie mogę. Zostawiam to wam, w końcu nie wypada mi samemu recenzować swojej kilkumiesięcznej pracy nad polską wersją biografii Blake’a.


---

Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji