Papcio i jego ekipa idą za
ciosem! Tradycyjnie po płycie studyjnej przychodzi kolej na EP-kę zdominowaną
przez covery. Tradycyjnie też wybór utworów zaprezentowanych w całkiem nowych
wersjach jest bardzo… ghostowy. Równie tradycyjnie wśród fanów ciężkiej muzyki
znajdzie się wielu oburzonych. Kto wie, może nawet będzie ich więcej niż
zwykle, bo tym razem Papa i jego Bezimienne Zjawy nagrali mały album, na którym
oddają hołd przede wszystkim muzyce lat 80. To absolutnie najdziwniejsze
wydawnictwo w dotychczasowej historii grupy, ale… tu wszystko ma sens!
środa, 21 września 2016
wtorek, 20 września 2016
StoneRider - Szczecin [Free Blues Club], 16 IX 2016 [galeria zdjęć]
Nie da się ukryć, że dla większości opisywanych na tej stronie grup – mniej znanych, ale grających znakomitą rockową muzykę – Europa kończy się niestety na Odrze. Kolejnym ogłoszeniom tras koncertowych towarzyszy rozczarowanie, że takie zespoły potrafią grać po kilkanaście razy w Niemczech, ale niemal nigdy nie zapuszczają się 200 czy 300 kilometrów dalej, żeby wystąpić u nas. Z drugiej strony trudno się dziwić. Zazwyczaj na tego typu koncertach kluby świecą pustkami, bo w Polsce jak bilet na występ nie kosztuje kilkaset złotych, to niemal nikt się takim koncertem nie zainteresuje. Na szczęście trafiają się wyjątki. Jednym z nich jest grupa StoneRider z Atlanty, która wpadła do nas po raz pierwszy i zagrała dwa razy na północy kraju – w Gdyni i Szczecinie. Frekwencja na kolana może i nie rzucała – zresztą niestety zgodnie z przewidywaniami – ale wstydu na pewno nie było. Na szczecińskim koncercie pojawiło się około 50 osób i poza jednym klientem, który wyraźnie pomylił imprezy i wiecznie marudził, że mu się nie podoba, wszyscy bawili się znakomicie i potrafili docenić jakość muzyki, którą tego dnia usłyszeliśmy. Zespół zagrał dwa sety przedzielone dwudziestominutową przerwą. Gwoździem programu było wykonanie fantastycznej tegorocznej płyty Hologram, o której pisałem kilka miesięcy temu. Po raz kolejny okazuje się, że dobra muzyka po prostu musi obronić się także w warunkach koncertowych. Słychać też, że Hologram to olbrzymi jakościowy skok i być może trampolina do znacznie większej rozpoznawalności dla tej grupy. Oprócz nowych numerów było też miejsce dla kilku kawałków z wcześniejszych albumów formacji, nagrywanych w częściowo innym składzie, a na deser zespół wykonał Beatlesowskie I Want You (She's So Heavy), w którym mogliśmy się przekonać, jak cenne jest posiadanie w grupie czterech gości, którzy mogą w razie potrzeby dołożyć się wokalnie do wykonania.
To był kapitalny wieczór. Na takie właśnie koncerty najbardziej chce się chodzić. Nie na wielkie imprezy w olbrzymich halach czy na stadionach, gdzie za ciężkie pieniądze kupimy bilet na miejsca, z których i tak niewiele się widzi i często jeszcze mniej słyszy. Tu za kilkadziesiąt złotych można było usłyszeć i zobaczyć z bardzo bliska świetny koncert zagrany przez bardzo dobrych muzyków, którzy nie pozują na wielkie gwiazdy. Wieczór nie skończył się zresztą wraz z ostatnią nutą coveru Beatlesów, bo muzycy ze stanu Georgia jeszcze przez kilkadziesiąt minut podpisywali płyty, pozowali do zdjęć i rozmawiali z fanami, przy czym było widać, że nie są to rozmowy wymuszone – oni naprawdę bardzo cieszyli się, że ci ludzie przyszli na ich koncert i chcieli jeszcze chwilę zostać, by za ten koncert im podziękować. A potem usiadłem z całym zespołem i porozmawiałem o historii grupy, dalekich trasach koncertowych i odnajdywaniu własnego brzmienia. Zapis tej rozmowy pojawi się na blogu w najbliższym czasie.
piątek, 16 września 2016
The Re-Stoned - Reptiles Return [2016]
Przesyłka z Rosji – płyta CD
domowej produkcji, gustowna, rozkładana koperta z wypukłym wzorem, bardzo
minimalistycznie, ale ze smakiem. Numer 28 z 33. Tak, stałem się jednym z 33
posiadaczy kompaktu z najnowszym albumem moskiewskiej grupy The Re-Stoned. To
już szósta duża płyta grupy, w dodatku wszystkie wyszły w ostatnich siedmiu
latach. Systematyczność godna podziwu. Co więcej, mimo ewidentnej niszowości i
podziemnego charakteru wydawnictwa, wszystkie ich płyty są bardzo wysoko
oceniane przez portale internetowe zajmujące się muzyką stonerową i
psychodelią. Przypadek? Nie sądzę! Nie znam jeszcze poprzednich dokonań
formacji, ale jeśli są choć w połowie tak dobre jak Reptiles Return, to mamy do
czynienia z prawdziwą perełką na europejskiej scenie rockowej.
poniedziałek, 12 września 2016
Mountain Dust - Nine Years [2016]
Czasem jak trafia, to z pełną
mocą i idealnie w środek tarczy, i to od pierwszych sekund. Zakochanie się w
dźwiękach, które nieznana mi wcześniej kompletnie grupa Mountain Dust zawarła
na swoim debiutanckim albumie Nine Years,
zajęło zaledwie chwilę, pewnie jakoś między dziewięcioma sekundami a
dziewięcioma minutami. Mniej więcej w połowie pierwszego numeru byłem już
przekonany, że to będzie dobra płyta, po drugim kawałku byłem już w stu
procentach kupiony, a pod koniec pierwszego odsłuchu wiedziałem już, że to
będzie jedna z moich ulubionych płyt wydanych w tym roku. Kolejne odtworzenia
całości tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Kwartet z Montrealu, który wcześniej
miał na koncie zaledwie demówkę, swoim pierwszym albumem natychmiast wdarł się
do czołówki moich ulubionych formacji sceny heavy psych.
sobota, 10 września 2016
The Pineapple Thief - Your Wilderness [2016]
Trudno uwierzyć w to, że grupa
The Pineapple Thief istnieje już od 17 lat i właśnie wydała swój 11. album. Dla
mnie to wciąż był jeden z tych „nowych” zespołów progresywnych, których sporo w
ostatnich latach pojawiało się na europejskiej scenie. Muszę też przyznać, że
nigdy jakoś nie potrafiłem do końca „wkręcić się” w ich muzykę. Owszem,
pojedyncze utwory bardzo mi się podobały, ale gdy próbowałem posłuchać twórczości
zespołu w dłuższym wymiarze, jakoś nie potrafiłem skupić uwagi na tej muzyce na
dostatecznie długi czas. Nie wiem zatem czy to kwestia lekko zmieniającego się
mojego gustu, czy może potwierdzenie tego, co mówiło i pisało w ostatnich
tygodniach wiele osób – że grupa wydała właśnie swój najlepszy i najdojrzalszy
album. Fakty są takie, że płyta Your
Wilderness to pierwsze wydawnictwo The Pineapple Thief, które zrobiło na
mnie naprawdę duże wrażenie w całości, a nie tylko pojedynczymi utworami.
piątek, 9 września 2016
iamthemorning - Lighthouse [2016]
Przyznaję się – czasami nie
sięgam długo po jakieś płyty z powodów zupełnie niezrozumiałych nie tylko dla
innych, ale i dla mnie samego. Najnowszy krążek rosyjskiego duetu iamthemorning
czekał na swoją kolej kilka miesięcy. Poznałem dwa nagrania promujące album i
choć oba mi się spodobały, wmówiłem sobie, że to będzie płyta bardzo smutna,
depresyjna wręcz. Wmówiłem to sobie tak skutecznie, że aż do tego tygodnia nie
zdecydowałem się na odsłuch całości. Oczywiście urodzaj znakomitych krążków
wydawanych w tym roku znacznie ułatwił ignorowanie płyty Lighthouse, w końcu i tak jest w czym wybierać, jeśli chce się
posłuchać świetnej nowej muzyki. Ale wakacje to okres nieco spokojniejszy na
rynku wydawnictw płytowych, to i znalazł się czas na nadrobienie zaległości. Z
lekką obawą odpaliłem więc trzecią płytę projektu iamthemorning, która swoją
premierę miała w kwietniu.
Etykiety:
2016,
best of 2016,
chamber music,
chamber prog,
colin edwin,
folk,
gavin harrison,
iamthemorning,
jazz,
lighthouse,
lunatic soul,
mariusz duda,
porcupine tree,
recenzja,
riverside
środa, 7 września 2016
Dark Suns - Everchild [2016]
Niemiecka formacja Dark Suns
jakoś wcześniej nigdy nie weszła w orbitę moich muzycznych zainteresowań, a
tymczasem grupa gra już w różnych odsłonach personalnych od niemal 20 lat i
właśnie wydała swoją szóstą płytę. Co ciekawe, zdołałem już zorientować się, że
na pierwszych albumach panowie grali coś, co spokojnie można by nazwać
mieszanką muzyki progresywnej oraz death i doom metalu. To mocno zaskakujące,
bo takich dźwięków absolutnie nie należy spodziewać się po najnowszym krążku
grupy, płycie Everchild – poza
elementami progresywnymi, które nie tylko pozostały w arsenale zespołu, ale i
wybiły się zdecydowanie na pierwszy plan. O pozostałych, groźnie brzmiących
etykietkach możecie zapomnieć. Everchild
to album, na którym dominuje klimat muzyki progresywnej z elementami jazzu czy
post-rocka. Dużo tu fortepianu, gęstego tła gitarowego, delikatnych wokali,
nieco sennych melodii oraz klimatu znanego z twórczości takich artystów jak
Steven Wilson, Storm Corrosion, Marillion, Radiohead czy Airbag.
wtorek, 6 września 2016
Agusa - Katarsis [2016]
Szwedzka sensacja progresywnego
folk rocka ostatnich lat – grupa Agusa – nie pozwala o sobie zapomnieć. Muzycy
oczarowali fanów progresywnych dźwięków fantastycznym brzmieniem, długimi,
wielowątkowymi kompozycjami i ujmującym, subtelnym klimatem w nich panującym. Po
dwóch kapitalnych i świetnie przyjętych płytach studyjnych zespół postanowił –
w ramach uatrakcyjnienia oczekiwania na krążek numer trzy, który podobno ma być
nagrywany pod koniec roku – wydać album koncertowy nagrany kilka miesięcy temu w
Atenach. Jak pomyśleli, tak zrobili, w efekcie czego możemy się delektować
wydawnictwem zatytułowanym Katarsis.
Jak do tej pory nie dzieje się nic niezwykłego, w końcu to jednak dość częsty przypadek,
że zespoły po jednej czy dwóch płytach decydują się na album koncertowy.
Ciekawiej robi się, gdy przyjrzymy się szczegółom.
niedziela, 4 września 2016
Blood Ceremony - Lord of Misrule [2016]
Kanadyjska formacja Blood
Ceremony z horror-rockowej ciekawostki szybko wyrosła na czołową ekipę
współczesnego rocka psychodelicznego. Pod przewodnictwem charyzmatycznej Alii O’Brien
– śpiewającej, ale grającej także na flecie i klawiszach – muzycy tej grupy z
wdziękiem pożyczają sobie to i tamto od wielkich mistrzów, którzy swoją
przygodę z muzyką rozpoczynali niemal 50 lat temu, ale dokładają też własny
zmysł tworzenia świetnych melodii oraz kapitalny, tajemniczy klimat obecny nie
tylko w muzyce, lecz także w wizerunku grupy. Wszystko to sprawia, że Blood
Ceremony z czasem wypracowali własny styl i obecnie trudno ich pomylić z
jakąkolwiek współczesną grupą. Czwarte wydawnictwo zespołu – Lord of Misrule – umacnia ich w ścisłej
czołówce sceny heavy psych.
piątek, 2 września 2016
Knockin' Lost John - Got a Spell [2016]
Są ze Szwecji. Dobry początek!
Grają rocka w starym stylu, w dodatku całkiem nieźle im to wychodzi. Jeszcze
lepiej! Okładkę ich płyty zdobi stylowy, klasycznie retrorockowy projekt. To
wystarczy, by mnie zaciekawić. Grupa o dość oryginalnej nazwie Knockin’ Lost
John wydała niedawno swój debiutancki album Got
a Spell, na którym znalazło się 10 w większości niezbyt długich numerów
trwających łącznie nieco ponad 41 minut. Czyli znowu odwołanie do złotych
czasów rocka. Takich odniesień będzie na Got
a Spell mnóstwo, co niejednego słuchacza pewnie zniechęci, ale jeśli nie
przeszkadza wam mocne inspirowanie się klasyką gatunku, zapraszam do
przeczytania dalszej części tekstu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)









