Każdy gatunek muzyczny musi mieć
swojego nowego bohatera co kilkanaście miesięcy – nową sensację, jeszcze
bardziej sensacyjną niż sensacja poprzednia. Rock nie jest tu żadnym wyjątkiem.
A sensacja jest najbardziej sensacyjna, gdy: a) wprowadza coś kompletnie nowego,
co jeszcze się nie pojawiało; b) nie wprowadza absolutnie nic nowego i
niewyobrażalnie udanie kopiuje jeden lub kilka legendarnych zespołów. W
przypadku kwartetu Greta van Fleet oczywiście obowiązuje wersja druga. Band ze
stanu Michigan wystrzelił nagle kilka miesięcy temu, gdy okazało się, że można
całkiem nieźle robić w konia słuchaczy wszelakich audycji, wciskając im kit, że
oto odkryto nieznany wcześniej numer zespołu na L i na Z. Bo choćby nie wiem
jak człowiek próbował zaprzeczać, skojarzenia są oczywiste jak spotkanie żula
pod Żabką wieczorową porą.
