W Poniedziałek
Wielkanocny 20 kwietnia 1992 roku, oczy całego muzycznego świata zwrócone były na londyński
stadion Wembley. Nie po raz pierwszy w historii, wszak stadion ten, oprócz
swojej naturalnej funkcji sportowej, znany był od wielu lat jako arena
najwspanialszych wydarzeń muzycznych. I takie właśnie wydarzenie miało miejsce
tego dnia, choć powód całego zamieszania tamtego dnia był dużo bardziej zwyczajny
– pożegnanie przyjaciela. Choć sposób, w jaki tego dokonano, ze zwyczajnością
nie miał wiele wspólnego.

Freddie Mercury zmarł w swoim
londyńskim domu przy 1. Logan Place niemal dokładnie 5 miesięcy wcześniej.
Mimo, że o jego stanie zdrowia od dawna rozpisywały się angielskie bulwarówki,
a ich fotografowie niemal koczowali pod drzwiami jego posiadłości w londyńskiej
dzielnicy South Kensington, jego śmierć była szokiem dla całego środowiska
muzycznego i milionów fanów na całym świecie. Odeszła nie tylko jedna z
największych gwiazd w historii muzyki, ale też człowiek, który jeszcze
kilkanaście dni wcześniej był obecny na listach przebojów w Wielkiej Brytanii z
najnowszym singlem z płyty
Innuendo –
The Show Must Go On. Niemal 15 lat wcześniej setki tysięcy fanów
uczestniczyły w ostatniej drodze Elvisa. Pogrzeb Freddiego był skromną,
prywatną uroczystością dla rodziny i najbliższych przyjaciół. Do dziś nie
wiadomo zresztą gdzie dokładnie spoczęły prochy wokalisty. Teorie są
przynajmniej trzy i każda z nich ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Wszyscy
inni pożegnali go właśnie na stadionie Wembley – na jednej z najbardziej
znanych piłkarskich i koncertowych aren świata. W miejscu, w którym powstała
jedna z najpopularniejszych (można by dodać „niestety”, biorąc pod uwagę
zawartość) płyt koncertowych, nie tylko w dorobku Queen, ale w historii rocka.