Wszystko – począwszy od nazwy
grupy przez tytuł płyty po okładkę – sugeruje, że Killer Boogie na swoim drugim
samodzielnym dużym krążku będzie nam prezentowało muzykę zakorzenioną w
przełomie lat 60. i 70. Po odpaleniu pierwszego nagrania nie ma zatem wielkiej
niespodzianki, że trio z Włoch prezentuje właśnie takie, a nie inne muzyczne klimaty,
choć nie jest to czyste brzmienie wspomnianej ery. Zadebiutowali w 2015 roku
płytą Detroit. Teraz, po trzech
latach, powracają z albumem numer dwa i jest to moje pierwsze zetknięcie się z
ich twórczością. Klasyczne power trio, to i brzmienie w pewnym sensie z czasów
pierwszych tego typu grup, choć mocno podrasowane. Gdyby ich muzyka była
zdjęciem na Instagramie, powiedziałbym, że to klasyczny obrazek z lat 70. –
długie włosy, kolorowe stroje, szerokie spodnie, zielsko – ale z nałożonym
filtrem o nazwie „lata 90.” (gdyby taki istniał).
