A to ci niespodzianka. Zespół
Styx nigdy nie wchodził w orbitę moich muzycznych zainteresowań. Traktowałem
ich jako dość kiczowatą ciekawostkę ze Stanów Zjednoczonych, mocno kojarzącą mi
się z ładnym, nieco cukierkowym pop-rockiem lat 80., który jakoś nigdy na dobre
nie chciał się przyjąć w Europie. Niby znałem jakieś dwa czy trzy największe
hity, nazwiska Dennisa DeYounga czy Tommy’ego Shawa (choć ten drugi znacznie
bardziej kojarzy mi się z Damn Yankees) nie były mi całkiem obce, ale
kompletnie nie czułem potrzeby zagłębiania się w twórczość tej formacji. Aż tu
tymczasem w 2017 roku ukazuje się szesnasta studyjna płyta zespołu,
zatytułowana The Mission – pierwsza
od 12 lat, a jeśli liczyć tylko materiał autorski, to nawet od 14. I nagle
różni znajomi, których wcześniej nie podejrzewałbym o jakiekolwiek związki z
muzyką Styx, zaczynają się tym albumem zachwycać. Grzechem byłoby nie
sprawdzić, o co w tym wszystkim chodzi. A chodzi – jak się okazało – o to, że
to po prostu naprawdę bardzo dobra i przyjemna płyta.
