A to ci niespodzianka. Zespół
Styx nigdy nie wchodził w orbitę moich muzycznych zainteresowań. Traktowałem
ich jako dość kiczowatą ciekawostkę ze Stanów Zjednoczonych, mocno kojarzącą mi
się z ładnym, nieco cukierkowym pop-rockiem lat 80., który jakoś nigdy na dobre
nie chciał się przyjąć w Europie. Niby znałem jakieś dwa czy trzy największe
hity, nazwiska Dennisa DeYounga czy Tommy’ego Shawa (choć ten drugi znacznie
bardziej kojarzy mi się z Damn Yankees) nie były mi całkiem obce, ale
kompletnie nie czułem potrzeby zagłębiania się w twórczość tej formacji. Aż tu
tymczasem w 2017 roku ukazuje się szesnasta studyjna płyta zespołu,
zatytułowana The Mission – pierwsza
od 12 lat, a jeśli liczyć tylko materiał autorski, to nawet od 14. I nagle
różni znajomi, których wcześniej nie podejrzewałbym o jakiekolwiek związki z
muzyką Styx, zaczynają się tym albumem zachwycać. Grzechem byłoby nie
sprawdzić, o co w tym wszystkim chodzi. A chodzi – jak się okazało – o to, że
to po prostu naprawdę bardzo dobra i przyjemna płyta.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aor. Pokaż wszystkie posty
środa, 6 grudnia 2017
wtorek, 1 sierpnia 2017
Mr. Big - Defying Gravity [2017]
„To oni jeszcze żyją?” – tak reaguje
większość fanów rocka na wieść o tym, że Mr. Big wydają nową płytę. „Aaa, to ci
od To Be with You?” – upewnią się na
wszelki wypadek inni. No tak, w Polsce faktycznie amerykański kwartet znany
jest głównie z akustycznego przeboju, który na przełomie 1991 i 1992 roku
królował na listach przebojów, oraz z kolejnego lekkiego przeboju – coveru Wild World Cata Stevensa – który również
cieszył się sporą popularnością kilkanaście miesięcy później. Nic więc
dziwnego, że wiele osób utożsamiało Mr. Big z ogniskowymi numerami oraz „wokalistą,
który wyglądał jak babka”. Zapomnieli (albo nie wiedzieli) niektórzy, że ten
zespół to grupa złożona z absolutnych wymiataczy na swoich „pozycjach”, z
gitarzystą Paulem Gilbertem i basistą Billym Sheehanem na czele, a wspomniane
dwa hity absolutnie nie są reprezentatywne dla ogółu twórczości grupy. Na swój
użytek to, co grają panowie z Mr. Big, nazywam wirtuozerskim radiowym rockiem.
środa, 24 maja 2017
Snakecharmer - Second Skin [2017]
Kilka lat temu paru weteranów
sceny hardrockowej postanowiło pograć razem w starym stylu i założyło formację
o tragicznej nazwie Monsters of British Rock. Na szczęście szybko ją porzucono,
a zespół przechrzczono na Snakecharmer – słowo natychmiast kojarzące się
odpowiednio w środowisku rockowym i kierujące oczekiwania słuchacza na właściwe
tory. W składzie znaleźli się zawodnicy, których faktycznie wstyd nie znać –
basista Neil Murray (oryginalny skład Whitesnake, Black Sabbath, wieloletni
współpracownik Gary’ego Moore’a i Briana Maya), gitarzyści Mickey Moody (oryginalny
skład Whitesnake) i Laurie Wisefield (drugi klasyczny skład Wishbone Ash),
perkusista Harry James (Thunder), a także klawiszowiec Adam Wakeman (z tych
Wakemanów). Za mikrofonem stanął mniej znany od swoich kolegów, ale także
doświadczony na rockowych scenach Chris Ousey. Po jakimś czasie miejsce Moody’ego
zajął Simon McBride, gitarzysta może mniej znany, ale na pewno wiedzący co
robić, kiedy bierze gitarę do ręki. I taki skład prezentuje nam się na drugim
krążku formacji Snakecharmer, zatytułowanym Second
Skin. A co od panów dostajemy? W zasadzie dokładnie to, czego należało się
spodziewać, co ma oczywiście swoje dobre i złe strony.
sobota, 22 października 2016
Kansas - The Prelude Implicit [2016]
Ta płyta miała nigdy nie powstać.
Niby zespół Kansas wciąż koncertował – i to w składzie, który był ze sobą od
lat – ale nowej muzyki od tej zasłużonej grupy trudno było się spodziewać. Ostatnim
studyjnym krążkiem formacji był wydany w 2000 roku Somewhere to Elsewhere, na którym spotkali się muzycy ówczesnego
składu grupy z kilkoma zasłużonymi byłymi członkami. A potem słyszeliśmy już
tylko albumy koncertowe. Wspólny albo czwórki muzyków Kansas, wydany w 2009
roku pod szyldem Native Window, dość
konkretnie wskazywał, gdzie tkwi problem braku nowych wydawnictw Kansas.
Problem miał na imię Steve, a na nazwisko Walsh. Dopiero przejście na emeryturę
w 2014 roku niechętnego nowym płytom oryginalnego frontmana zespołu otworzyło
grupie możliwość ponownego wejścia do studia. Już w trakcie konferencji
prasowej przed warszawskim koncertem (jednym z ostatnich z Walshem w składzie)
członkowie zespołu wspominali, że gdy już znajdą następcę Walsha, chcieliby w
końcu wydać nową płytę Kansas. Jak powiedzieli, tak zrobili. Właśnie pojawiła
się na rynku piętnasta w ogóle, a pierwsza od 16 lat, płyta studyjna Kansas – The Prelude Implicit.
![]() |
| fot: Jakub "Bizon" Michalski |
Oczywiście najważniejszą zmianą
jest osoba wokalisty. Emerytowanego Walsha zastąpił nieznany szerzej Ronnie
Platt, który – co tu dużo mówić – dysponuje głosem całkiem podobnym do swojego sławnego
poprzednika. Na tym jednak nie koniec zmian, gdyż zespół zasilili też drugi
klawiszowiec David Manion i gitarzysta rytmiczny Zak Rizvi, który początkowo
miał tylko pomagać przy komponowaniu i produkcji płyty. W ten sposób Kansas
rozrosło się z kwintetu do septetu, bo ci dwaj nie weszli do formacji w zastępstwie,
a jako dodatkowi muzycy. I skład jest największą zmianą, bo sama muzyka wiele
się nie zmieniła. The Prelude Implicit
to płyta, którą najłatwiej określić przymiotnikiem „ładna”. Nie należy spodziewać
się po tym albumie żadnego przełomu. Nie ma też co liczyć na bardziej odważne wyskoki
w kierunku skomplikowanych struktur, które przecież muzykom formacji w
przeszłości nie były obce. Tu mamy Kansas w wydaniu mocno radiowym. Owszem,
jest kilka kawałków trochę dłuższych, ale The
Prelude Implicit to przede wszystkim niezbyt ciężkie, wpadające w ucho
numery, które mają zostać w głowie dzięki chwytliwym refrenom i przyjemnemu
brzmieniu. Sprawdza się to bardzo dobrze w znakomicie bujających: With This Heart, Rhythm in the Spirit (świetny hardrockowy motyw główny – jest ciężar,
ale i znakomita melodia), Summer (prosty
numer, ale z fantastycznym klimatem, który skojarzył mi się z płytami Uriah
Heep z lat 90.) czy Camouflage.
Czasami jednak robi się aż za słodko, przede wszystkim w The Unsung Heroes, które niebezpiecznie zbliża się do cienkiej
granicy między dopuszczalnym przyjemnym bujaniem a strefą muzycznej słodkości
im. Michaela Boltona.
![]() |
| fot: Jakub "Bizon" Michalski |
Refugee zaskakuje oszczędnym aranżem i ciekawym klimatem po kilku
bardzo efektownych numerach. To zdecydowanie bardzo przyjemna odmiana, bo gdyby
ta płyta składała się z samych „zapalniczkowych” kawałków, byłaby zwyczajnie
niestrawna. Z kolei najdłuższy numer na płycie – The Voyage of Eight Eighteen – chyba jako jedyny (no dobrze,
powiedzmy, że jeden z dwóch) nawiązuje odważniej do progresywnych korzeni
zespołu, już na wstępie zachwycając znakomitym motywem ze skrzypcami na
pierwszym planie i kapitalną grą sekcji rytmicznej „pod spodem”. Aż szkoda
trochę, że nie pociągnęli tego motywu dłużej i nie pozostali przy wyłącznie
instrumentalnej formie tej kompozycji – taki długi, instrumentalny, w całości
progresywny numer na pewno by się przydał na The Prelude Implicit, żeby nieco zrównoważyć tę „piosenkowość”
większości materiału. Tym drugim wspomnianym utworem, który trochę mocniej
wchodzi na progresywne pole, jest Crowded
Isolation, w którym ciężki początek i mocne akcenty w trakcie (kapitalny
hardrockowy motyw przewodni) mieszają się z niezwykle chwytliwą linią wokalu.
![]() |
| fot: Jakub "Bizon" Michalski |
To dobrze, że ta płyta powstała.
Z wielu powodów. Po pierwsze – nowy skład ma się czym podeprzeć na koncertach,
a nie tylko grać zestaw największych hitów. Po drugie – to nigdy nie wygląda
zbyt dobrze, jeśli koncertujący zespół ostatnią swoją płytę wydał niemal 2
dekady temu. Po trzecie wreszcie – panowie nie mają się tu czego wstydzić. Może
nie jest to płyta, którą za 40 lat świat uzna za jedno ze szczytowych osiągnięć
Kansas, ale to solidny album, bardzo miły dla ucha, który świetnie sprawdzi się
w podróży czy nawet jako tło w trakcie domowych spotkań ze znajomymi. To po
prostu typowe brzmienie Kansas. A że nie ma tu kompozycji na miarę Dust in the Wind czy Carry on Wayward Son… No cóż, czy ktoś
się ich naprawdę spodziewał?
--
Zapraszam
na prowadzoną przeze mnie audycję Lepszy Punkt Słyszenia w radiu Rock
Serwis FM w każdy piątek o 21 (powtórki w niedziele o 14)
http://rockserwis.fm - tu można mnie słuchać
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - a tu porozmawiać ze mną w trakcie audycji
http://rockserwis.fm - tu można mnie słuchać
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - a tu porozmawiać ze mną w trakcie audycji
Zapraszam też na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
Subskrybuj:
Posty (Atom)






