Zespół Sacri Monti poznałem
cztery lata temu, kiedy ukazała się ich debiutancka płyta. Płyta może nie z
gatunku tych zmieniających życie słuchacza, ale na pewno bardzo udana, jedna z
najlepszych w swoim roczniku, dająca podstawy do tego, by uważać Sacri Monti za
jednego z ciekawszych przedstawicieli amerykańskiej sceny psychodelicznego hard
rocka. Na album numer dwa przyszło nam nieco poczekać, ale jeśli kolejne płyty
kalifornijskiej formacji mają być tak udane, to ja chętnie będę na nie czekał
za każdym razem te cztery lata albo i dłużej. Oczywiście panowie tworzący ten
zespół nie są nowicjuszami. To, że grupa wydaje dopiero drugi album, może
niektórych zwieść, ale ci goście grają w wielu innych formacjach i zapewne
niejeden wzmacniacz już spalili. To zresztą też (w sensie gra w wielu
formacjach, a nie palenie wzmacniaczy) zapewne jest przyczyną aż czteroletniej
przerwy między płytami. Nic to jednak – w końcu wydali, a ja w końcu mogę znowu
o nich pisać.
