piątek, 2 grudnia 2016

The Rolling Stones - Blue & Lonesome [2016]



Stonesi dokonali czegoś niesamowitego. Nie, nie chodzi mi o te niezliczone hity, wypełnione stadiony, górę zarobionych pieniędzy i status żywych (z jednym wyjątkiem) legend… Mówię o tej nowej płycie, zatytułowanej Blue & Lonesome. No, wydali płytę. Co w tym takiego niesamowitego? Nie mam na myśli tego, że to pierwszy album od 11 lat, że panowie po 70-tce wciąż chcą nagrywać, wydawać muzykę i koncertować – a w dodatku robią to w dalszym ciągu na poziomie nieosiągalnym dla wielu muzyków w wieku ich wnuków. Osiągnęli coś niesamowitego, bo po 54 latach na scenie nagrali płytę, którą niemal jednogłośnie zachwyca się cały rockandrollowy świat – od prasy muzycznej przez fanów po innych sławnych muzyków. Jak ci goście to robią?
 
Blue & Lonesome to 12 numerów bluesowych w starym stylu. Nic dziwnego, bo to stare numery bluesowe. Po raz pierwszy w historii studyjnych wydawnictw Stonesów dostajemy płytę w całości wypełnioną coverami. Nawet na debiucie z 1964 roku znalazły się ich nieliczne własne kawałki, choć nie zapominajmy, że na pierwszych kilku krążkach jednak dominowały właśnie covery wiekowych bluesideł amerykańskich. Wrócili do tego pomysłu po wielu latach. Różnica jest taka, że teraz – z tyloma przebojami na koncie – mogą wzbudzać taką decyzją kontrowersje. Ale z drugiej strony – nie da się ukryć, że brzmią po prostu lepiej niż pół wieku temu. Nowoczesna technika i warunki w studiach nagraniowych to jedno, ale oni po prostu zwyczajnie są lepszymi muzykami niż w początkach kariery. Postawili na klasykę. Numery Williego Dixona, Howlin’ Wolfa, Little Waltera czy Memphis Slima – członków wielu hallów sławy. Na szczęście odpuścili sobie te najbardziej znane nagrania, które coverowali już wszyscy. No może z wyjątkiem I Can’t Quit You Baby. Na sam koniec Blue & Lonesome chyba nie mogli się powstrzymać i zaserwowali nam ten numer, który fanom rocka na zawsze będzie się kojarzył przede wszystkim z Led Zeppelin. Nic nowego tu nie wnieśli, ale czy do tych kawałków tak naprawdę da się wnieść cokolwiek nowego? I czy o to właśnie chodzi?

Przez te 43 minuty Stonesi znowu są młodymi chłopakami z południowo-zachodniego Londynu (tak, wiem – nie pochodzili z tych rejonów, ale właśnie z tym miejscem związane są ich początki), grającymi po salach prób i małych klitkach w Twickenham i Richmond, a nie grupą bogaczy, porywających tłumy podczas wyprzedanych koncertów na pobliskim ogromnym stadionie narodowym rugbistów w Twickenham. Zaczynają mocno od dynamicznego Just Your Fool Buddy’ego Johnsona, które mogliśmy już poznać na długo przed wydaniem płyty. Zaskakuje znakomita forma wokalna 73-letniego Jaggera. Po kolejnym szybkim strzale w Commit a Crime (szkoda, że nie pociągnęli tego dalej – mógłby wyjść kapitalny długi jam, gdyby nie ucięli tego nagle przed końcem czwartej minuty) mamy pierwsze zwolnienie tempa. Numer tytułowy autorstwa Memphis Slima brzmi obłędnie z harmonijką wybijającą się na pierwszy plan oraz z pełnym emocji wokalem Jaggera. Pięknie uzupełniają się gitary Richardsa i Wooda z partiami pianina w All of Your Love – kolejnym snującym się powoli numerze. Żebyśmy się nie zabujali na śmierć, panowie szybko zmieniają klimat i znowu podrywają słuchaczy do żwawszych ruchów przy I Gotta Go. To jest prawdziwa siła tej starej muzyki – przecież tu nie ma absolutnie nic nowego, a słucha się tego kapitalnie.

W spokojnym Everybody Knows About My Good Thing po raz pierwszy (i nie ostatni – bo wróci jeszcze we wspomnianym I Can’t Quit You Baby) pojawia się niejaki Clapton. Eric Clapton. Tak się złożyło, że w czasie, gdy Stonesi podobno przez całe trzy dni rejestrowali album Blue & Lonesome w londyńskim studiu należącym do innej legendy – Marka Knopflera – „Slowhand” nagrywał swój własny bluesowy krążek I Still Do, więc zajrzał do kolegów i dał się namówić na gościnny udział. To kolejny powrót do lat młodości, wszak Stonesi i Clapton nie raz dzielili scenę w czasach, gdy Eric grał z Yardbirds i występował w tych samych klubach stolicy Anglii. I tak panowie grają przez cały czas. Raz wolniej, raz szybciej – zawsze bardzo klasycznie, w najlepszym bluesowym wydaniu. Podobno amerykańscy bluesmani przyjeżdżający na koncerty do Wielkiej Brytanii w latach 60. byli załamani tym, co z amerykańskim bluesem wyprawiali Brytyjczycy. Nie znam się na bluesie na tyle, by wydawać osądy, ale nawet jeśli faktycznie ponad pół wieku temu Anglicy kaleczyli bluesa jak polscy wokaliści język angielski, to Stonesi przez tych ponad 50 lat chyba czegoś się nauczyli, bo ta płyta brzmi po prostu kapitalnie. Spróbujcie usiedzieć spokojnie na miejscu w trakcie Hate to See You Go czy Just Like I Treat You. Z jednej strony zespół trzyma się wiernie klimatu starych nagrań, z drugiej zaś dodaje nieco energii i dynamiki charakteryzującej współczesne bluesowe płyty. W efekcie mamy wydawnictwo, które brzmi bardzo klasycznie, ale nie archaicznie.

Nie sądziłem, że będę miał jeszcze kiedykolwiek szansę pisać na tym blogu o nowej płycie The Rolling Stones. Szansa się pojawiła, zapewne ostatnia. Stonesi zatoczyli koło i wrócili muzycznie do czasów wydanego 52 lata temu debiutu. To piękna klamra, która nawet największym nie zawsze jest dana. Nie oszukujmy się – więcej płyt od The Rolling Stones raczej nie będzie. Ale pożegnali się (w wersji studyjnej) w bardzo dobrym stylu. Ktoś powie – no ale przecież to same covery! A na ich pierwszych płytach to niby co było? Ten zespół zawsze czerpał pełnymi garściami z klasyki amerykańskiego bluesa, nic więc dziwnego, że właśnie w taki sposób prawdopodobnie się żegna. A że blues ten w ich wykonaniu na Blue & Lonesome jest najwyższej próby i zagrany z werwą muzyków najwyżej czterdziestoletnich, to kolejny powód, by docenić tę grupę – zarówno za całą karierę, jak i za ten prawdopodobnie ostatni epizod.



--
Zapraszam na prowadzoną przeze mnie audycję Lepszy Punkt Słyszenia w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 21 (powtórki w niedziele o 14)
http://rockserwis.fm - tu można mnie słuchać
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - a tu porozmawiać ze mną w trakcie audycji
Zapraszam też na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji


9 komentarzy:

  1. O tak, takich Stonesów aż chce się słuchać i często do nich wracać ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Liczyłem na tę recenzję i się nie zawiodłem, dzięki.
    Fenomenalni RS robią to samo od pół wieku, nie dziwota, że nabrali wprawy :-)
    Piszę tuż po konsumpcji Havana Moon i wciąż mi noga rytmicznie dyga...

    OdpowiedzUsuń
  3. Niesamowici są - tyle lat, nic nie stracili, a najbardziej podziwiam to, że jeszcze nie mówią o odejściu. Patrząc na Black Sabbath, Aerosmith czy Deep Purple, które "abdykują" z piedestałów legend, naprawdę ich podziwiam. Te zespoły schodzą niby w chwale, sławie i tak dalej, ale mając piętnaście lat można mieć do nich żal - moim marzeniem jest koncert Deep Purple i Aerosmith, ale możliwości, żeby jeszcze ich zobaczyć równe zeru. Szkoda zespołów.

    Ciepełka
    Martyna z rockmetalu.blogspot.com, nowa czytelniczka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. widzę, że z Radomska :D no to witam "ziomalke" heh

      no możliwości, żeby zobaczyć teoretycznie masz, jedni i drudzy będą grali w Polsce w 2017 roku. tyle że bilety raczej nie na kieszeń normalnego człowieka, zwłaszcza 15-letniego. choć na Purpli troche tansze, więc może jednak ci sie uda ;) zwłaszcza że do łodzi niedaleko ;)

      Usuń
    2. Radomszczanie B) Taa, możliwości w teorii zawsze są, ale i tak żałuję, że nie urodziłam się te parę lat do tyłu, żeby oglądać ich "w formie". Jednak patrzenie, jak twój idol coraz bardziej "niedołężnieje" na scenie, to nie najlepiej motywuje. Czy tylko ja wyobrażam sobie mojego dziadka w glanach i karwaszach skaczącego po scenie ku uciesze tłumu "brudnych metali"? Ale wszystko się kończy, nie?

      Niby Łódź niedaleko, ostatnio przegapiłam The Cure, ale jakoś większe perspektywy widzę w Krakowie - bilety na Sabaton i Accept już się kurzą w sejfie, niech czekają do marca!

      Usuń
    3. musiałabyś się urodzić nie parę, a paredziesiąt lat do tyłu, niestety, żeby ich w najwyższej formie widzieć... ja sie urodzilem prawie 20 lat przed tobą, a i tak o przynajmniej 20 za późno :D no ale trudno. bierze sie to, co jest ;)

      Usuń
    4. No, o to mi chodził, kilkadziesiąt w domyśle :) W sumie jak komuś zależy na formie artysty na żywo, to zostaje tylko szukać obiecujących bandów na bardziej współczesnej scenie. Na razie niestety na wielu się nie natknęłam. Oby królowie nie pozostali bez następców...

      Usuń
    5. natkniesz sie, natkniesz ;) jest całe mnóstwo świetnych zespołów występujących po mniejszych lub wiekszych klubach. chocby rival sons. a w marcu do polski na 3 koncerty (m. in. chorzów) przyjedzie siena root - kapitalny zespół ze szwecji, który na ostatniej płycie bardzo purplowo grał, a na koncertach lubią sobie w starym stylu pojamować i powyciagac kawalki do kilkunastu minut - cos, co purple robili na poczatku lat 70, a potem przestali. bilet za 49 zetek, maly klub, wszystko widac i slychac, żadne golden circle za fortune ;) polecam mocno.

      Usuń
  4. To jest coś niesamowitego, tyle lat na scenie i utrzymywać ciągle tan sam wysoki poziom, nadal tworząc coś nowego co zachwyca, aż chce się słuchać ;) Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń