Przeczytałem kiedyś, że wielkości talentu muzyków Black
Country Communion dorównuje jedynie ego każdego z nich. Coś w tym pewnie jest,
bo po nagraniu dwóch kapitalnych i jednej hmm mniej kapitalnej, choć wciąż
bardzo solidnej rockowej płyty, drogi panów czasowo się rozeszły. Na początku
było nawet dość niemiło, kiedy Glenn Hughes i Joe Bonamassa podszczypywali się
publicznie, przerzucając na siebie nawzajem winę za rozpad grupy. Potem jednak
dali sobie buzi na zgodę i zapanowała cisza w eterze. Aż tu nagle w zeszłym
roku pojawia się informacja, że BCC wraca, i to w dodatku po sugestii
Bonamassy, który miał z całej czwórki najmniej czasu dla tego zespołu kilka lat
temu. Skład ten sam, producent także, poziom talentu niewątpliwie też nie
spadł, więc oczekiwania musiały być spore. I to może jest największy problem
tej płyty. Jest naprawdę całkiem dobra sama w sobie, ale chyba jednak nie
wytrzymuje naporu oczekiwań. Przynajmniej moich.
