Jakoś w okolicy wydania płyty Different Shades of Blue zacząłem
narzekać na to, że Joe Bonamassa zbyt często wypuszcza nową muzykę, na czym
cierpi jakość kolejnych albumów. Niby wszystko było w porządku, ale tamten
krążek nie był w stanie wywołać we mnie absolutnie żadnej ekscytacji i po dziś
dzień pozostaje jednym z niewielu solowych albumów gitarzysty, których nie mam.
Ba, od czasu napisania jego recenzji chyba nie miałem okazji go słuchać. Ku
mojej radości i – co tu ściemniać – wielkie uldze płyta kolejna, Blues of Desperation, była naprawdę
niezwykle udana i przywracała nadzieję, że jednak coś tam jeszcze w Bonamassie
ciekawego siedzi. Dwuletni cykl wydawania solowych albumów chyba mu posłużył,
choć pamiętajmy, że przecież dochodzą do tego płyty koncertowe oraz krążki z
Beth Hart i Black Country Communion, więc raczej trudno tu mówić o tym, że
Bonamassa ma więcej czasu na komponowanie. Może po prostu w jego przypadku mamy
klasyczną sinusoidę? Płyta lepsza, płyta słabsza, płyta lepsza…
