Dwa lata temu kompletnie mnie
zaskoczyli swoją pierwszą prawdziwą dużą płytą – Nine Years. Kilka sekund po
odpaleniu pierwszego utworu byłem już niemal pewny, że ten album mi się
spodoba. Przeczucie nie zawiodło – płyta wylądowała w czołówce moich ulubionych
krążków 2016 roku. Nic więc dziwnego, że – jak to zwykle bywa przy takich
okazjach – album numer dwa był równie wysoko na liście oczekiwań tegorocznych,
co naturalnie mogło się skończyć klapą i sporym zawodem, ale znowu miałem
przeczucie, że to mi raczej nie grozi. Nie myliłem się. Ekipa z Montrealu,
która ledwie kilka dni temu wpadła na koncert do Wrocławia (niestety przez
konflikt dat koncertowych nie miałem okazji ich zobaczyć i cholernie żałuję),
wydała właśnie swój drugi album – Seven Storms – który absolutnie w niczym nie
ustępuje fantastycznemu debiutowi, a nawet jest chyba od niego bardziej
różnorodny i jeszcze ciekawszy, a przy tym równie klimatyczny.
