Często jest tak, że poznaję jakiś zespół, który gdzieś tam
wcześniej zdążył już wydać trochę płyt, i zastanawiam się, jak mogłem to wtedy
przegapić. No cóż, prawda jest taka, że nie da się odkryć wszystkiego, nawet
jeśli człowiek bardzo się stara i przesłuchuje ponad ćwierć tysiąca nowych płyt
rocznie. Z Vitskär Süden jest inaczej. Na nich trafiłem tuż po wydaniu
debiutanckiego albumu – czyli cztery lata temu. Zachwyciła mnie okładka, a
potem okazało się, że muzyka jej dorównuje. Płyta druga, wydana dwa lata
później, muzycznie chyba jeszcze ją przebiła, w każdym razie obie należą do
mojej czołówki ulubionych płyt w swoich rocznikach. Po kolejnych dwóch latach
mamy album numer trzy. Zmienił się nieco klimat szaty graficznej (a także sam
jej autor), zaszły pewne zmiany w brzmieniu, wynikające z chęci
poeksperymentowania i odkrycia nowych rejonów, nie zmieniło się natomiast to,
że panowie z Kalifornii wydają kapitalną muzykę.



