wtorek, 20 kwietnia 2021

Mercurials - Shrine [2021]

Znacie francuską formację Mercurials z tego bloga i moich audycji, choć być może nazwa niewiele wam mówi. Dwa lata temu powalili mnie kapitalną i pięknie wydaną płytą Red Giant to White Dwarf. Tyle że wtedy jeszcze nazywali się Sweven. Istniał jednak drugi zespół Sweven – ze Szwecji – też zresztą przynajmniej jeśli chodzi o aspekt wizualny wydawnictw ciekawy, choć prezentujący cięższą muzykę. To oczywiście wprowadzało z pewnością nieco zamieszania w internecie, gdy słuchacze usiłowali znaleźć muzykę jednych lub drugich. I choć francuskie Sweven jako pierwsze wypuściło debiutancki album, to właśnie ta formacja postanowiła z tym chaosem coś zrobić i zmieniła nazwę, uznając, że szwedzcy odpowiednicy są chyba bardziej widoczni w mediach społecznościowych. I tak właśnie Sweven przerodziło się w Mercurials, a miał to być początkowo tytuł nowego wydawnictwa. To ostatecznie zatytułowano Shrine.

Zespół przedstawia Shrine jako EP-kę, ale myślę, że spokojnie można traktować to wydawnictwo jako pełnoprawny album, przecież mamy tu 35 minut muzyki – mam dość sporo dużych płyt, które zawierają jej mniej, i to nie tylko z lat 60., ale także współczesnych. Najważniejsze jest jednak to, że ta muzyka jest ponownie kapitalna, podobnie jak szata graficzna. Przy okazji Red Giant to White Dwarf zachwycałem się ręcznie wykonanym, tłoczonym, składanym opakowaniem mocno limitowanej płyty. Zgrałem sobie ją szybko na komputer, żeby nie uszkodzić tego pięknego opakowania ciągłym wyjmowaniem kompaktu. Teraz jest podobnie. Już zdjęcia z procesu tworzenia grafik upewniły mnie, że mogę w ciemno kupować album, nim go wysłucham. Tak też zrobiłem i była to oczywiście słuszna decyzja. Shrine składa się z czterech kompozycji. Where the Mandrake Grows zespół przedstawił już jakiś czas temu, zapowiadając ten nowy krążek. Można śmiało uznać, że ci, których zachwycił debiut, po takiej zapowiedzi jeszcze bardziej nie mogli się doczekać całości. Mamy tu znaną już doskonale w wykonaniu tej grupy mieszankę melodyjnej dynamiki w stylu choćby grupy Graveyard, a także grania bardziej klimatycznego, narkotycznego, szamańskiego, niczym u Doorsów lub – jeśli sięgamy po rzeczy współczesne, mniej znane, ale za to pojawiające się na tym blogu – Grusom. To niezwykle udane rozpoczęcie, ale jednocześnie najkrótsza kompozycja w zestawie.

Można nawet uznać, że to zaledwie preludium do tego, co następuje bezpośrednio po pierwszym utworze. Kompozycja numer dwa to There Died a Myriad – czternastominutowy kolos w obłędnym klimacie. Mrok, ciary, kapitalne melodie… płynie to wszystko znakomicie w niespiesznym tempie i zachwyca na każdym planie – od mocnych, niemal doomowych riffów po świetne wypełnienia organowe. A gdy w szóstej minucie, w psychodelicznym przerywniku dołącza trąbka… O rany. Ten numer i tak byłby pewnie w czołówce moich ulubionych tegorocznych kawałków, ale ten środkowy, odlotowy fragment, w którym ta trąbka się pojawia, wynosi go jeszcze poziom wyżej. Nie piszę z zasady o singlach, ale gdyby to był jedyny numer opublikowany przez Mercurials w tym roku, zrobiłbym dla niego wyjątek. Od tego momentu, aż do końca kompozycji (a mamy jeszcze z siedem minut od chwili, gdy z psychodelicznego mroku wyłania się nowy muzyczny kierunek) zespół ani na moment nie schodzi z nieziemskiego poziomu w tworzeniu klimatu. Panowie, chapeau bas.


Z hipnozy dość skutecznie wprowadzonej pod koniec numeru dość ostro wyrywa mocny początek Fourth Wall Breaker, w którym zdecydowanie prym wiedzie perkusja. To najmocniejszy numer z czterech umieszczonych na płycie, ale jak to u Mercurials bywa, moc w żadnym momencie nie przyćmiewa melodii. Solidny łomot perkusji panowie zręcznie uzupełniają gęstym brzmieniem gitar i organów, tworząc solidną ścianę dźwięku. Jednak to właśnie bębny, momentami niemal plemienne, od początku do końca niosą ten numer w największym stopniu. To potrzebna odmiana po dużo spokojniejszym, klimatycznym poprzednim utworze, tym bardziej, że i ostatnia kompozycja na płycie, Ocean of White Light, egzystuje raczej po stronie klimatu niż mocy, mimo dość intensywnego początku. Wokalista Peio Cachenaut ma tu ponownie szansę pokazać, że sprawdza się znakomicie nie tylko wtedy, kiedy trzeba mocniej ryknąć, ale także (a może zwłaszcza) we fragmentach spokojniejszych, stonowanych, kiedy może uwolnić swojego wewnętrznego Jima Morrisona albo innego Nicka Cave’a. Facet nie sprawia wrażenia rasowego rockowego wokalisty o wielkich możliwościach wokalnych i ogromnej skali głosu, ale to, co robi, wykonuje znakomicie. Trudno sobie wyobrazić lepszy głos dla zespołu obracającego się w takim muzycznym klimacie. Kompozycja, a zatem i cała płyta kończy się niczym mroczna kołysanka. I natychmiast mam ochotę na włączenie całości od nowa.

Podsumowując, Shrine to trzy bardzo udane numery, które w niczym nie ustępują tak lubianemu przeze mnie materiałowi z pierwszej płyty, oraz jeden – za to najdłuższy – kapitalny kawałek, który będzie się z pewnością bił o miano mojej ulubionej kompozycji 2021 roku. To wystarczy, by Shrine z miejsca trafiło do grona najlepszych według mnie wydawnictw tego roku. Czy wspominałem już o pięknych grafikach i pojawiającym się ponownie w przypadku płyty tej formacji uczuciu, że zespół włożył całe serce nie tylko w muzykę, ale także w wizualny aspekt tego wydawnictwa? Tak, chyba wspominałem. Ale warto było to jeszcze raz na koniec podkreślić.


Płyty można posłuchać oraz kupić ją (co gorąco polecam) na profilu grupy na Bandcampie.

 

1. Where the Mandrake Grows (5:57)
2. There Died a Myriad (13:49)
3. Fourth Wall Breaker (7:00)
4. Ocean of White Light (8:06)


Zapraszam na prowadzone przeze mnie w radiu Rockserwis FM audycje: Lepszy Punkt Słyszenia  w każdy piątek o 21, Radio F.L.O.Y.D. w piątek o 20 oraz na set Zona Bizona w niedziele o 16.
http://rockserwis.fm
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - profil audycji
http://facebook.com/groups/rockserwisfm - tu można porozmawiać ze mną oraz z innymi słuchaczami w trakcie audycji

2 komentarze:

  1. Kapitalna rzecz a There Died a Myriad wręcz genialna...
    Ile wyobraźni trzeba mieć, by zaaranżować tak wspaniale utwór nie przeładowując go dźwiękami. Czapki z głów!
    Kiszki wydały dźwięki i umieściły je na płycie. Całkiem udane dźwięki, choć wokalnie Kiszka mi nie odpowiada, to doceniam ewolucję i wyraźny postęp w artykulacji. Ale przy Mercurials to i tak mało :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna płyta! Szkoda że nie ma w streamingach, więc słucham rzadziej niżbym chciał.

    OdpowiedzUsuń