To, że Robert Plant nie nagrywa
już płyt stricte rockowych, a albumy łączące elementy rocka z muzyką świata i
szeroko pojętym folkiem, nie jest już w 2017 roku zaskoczeniem chyba dla
nikogo, kto zadał sobie minimum trudu, by być na bieżąco z dokonaniami solowymi
wokalisty Led Zeppelin. Wiele dobrego w tym względzie uczynił znakomity i także
świetnie przyjęty album Lullaby… and The Ceaseless Roar z 2014 roku. Oczywiście byli i tacy, którzy kręcili nosami,
że to nie to, co dawniej, że głos i sposób śpiewania nie taki, a w ogóle to co
to za jakieś plumkanie i pitolenie zamiast ognistego rocka. No cóż – przy tak
dużej zmianie stylu to raczej nieuniknione, ale ten „nowy” Plant zdążył już
zdobyć naprawdę liczne grono wiernych słuchaczy, oczarowanych dźwiękami, jakie
serwuje z grupą The Sensational Space Shifters. Śmiem nawet twierdzić, że całkiem
spory procent fanów tej płyty ma gdzieś Led Zeppelin. Na płytę Carry Fire czekało zatem naprawdę wiele
osób i mam wrażenie, że zdecydowana większość zawiedziona nie będzie.
