Zespoły, które zdobyły uznanie
fanów i krytyków swoją debiutancką płytą, często nie mają większych skrupułów i
na albumie numer dwa serwują słuchaczom powtórkę z rozrywki – tylko zazwyczaj
nieco słabszą od tego, co znalazło się na debiucie. To zresztą nawet dość
zrozumiałe – często taka młoda formacja zanim nagra debiut, ma już materiału na
dwie płyty, więc najlepsze utwory trafiają na pierwszą z nich, a reszta –
podobna w klimacie, ale nie aż tak fantastyczna – czeka na swoją kolej przy
okazji płyty numer dwa. W przypadku zespołu Messenger oczekiwania były wręcz
kosmicznie wielkie. Illusory Blues z 2014 roku to, według mnie, płyta genialna. Rzadko używam tego określenia,
zwłaszcza w odniesieniu do krążków nowych, wydawanych w ostatnich kilkunastu
latach. Rezerwuję je sobie dla wydawnictw nie tylko znakomitych muzycznie, ale
także na swój sposób wyłamujących się ze schematów, wyjątkowych, wychodzących
poza oczywistości towarzyszące poszczególnym gatunkom muzycznym. Illusory Blues właśnie taką płytą dla
mnie jest i jeśli coś tak wspaniałego nagrywają debiutanci, to z jednej strony
jest olbrzymia radość, że „młodzi” też są zdolni do takich rzeczy, ale z
drugiej strony powstaje obawa, że już nigdy nie doskoczą ponownie do tego
poziomu. No to mamy w końcu album numer dwa – Threnodies. Album, który zachwyca, przynosi ulgę, ale przede wszystkim
zaskakuje – tym, że Messenger długimi fragmentami zupełnie nie brzmi na nim jak
Messenger. A może właśnie brzmi? Bo czy już po debiucie można w stu procentach
określić brzmienie jakiegoś zespołu? Panowie z londyńskiej formacji właśnie
pokazali, że chyba jednak nie powinno się tego robić.