Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kamchatka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kamchatka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 grudnia 2019

Kamchatka - Hoodoo Lightning [2019]



Trochę już się martwiłem o szwedzkie trio Kamchatka. No może nie był to nigdy zespół z mojego absolutnego współczesnego topu, nie czekałem na ich kolejne płyty, obgryzając paznokcie, ale jednak każdy z tych ich kolejnych albumów przynosił sporo muzyki w stylu, jaki lubię – prostej, dynamicznej, ciężkiej, ale jednocześnie melodyjnej, osadzonej mocno w hardrockowej tradycji. A od szóstej płyty, która ukazała się w 2015 roku, cisza. Oczywiście muzycy tego zespołu w międzyczasie wydawali pod innym szyldem – w King Hobo, Spiritual Beggars i milionie innych zespołów, w których grają. To sprawiało, że trochę już chyba pogodziłem się z tym, że być może nie będzie nowej Kamchatki, a przynajmniej niezbyt szybko. A tu siurpryza! Hoodoo Lightning ukazała się pod koniec listopada.

poniedziałek, 21 marca 2016

Spiritual Beggars - Sunrise to Sundown [2016]



Członkowie formacji Spiritual Beggars z każdym kolejnym albumem odchodzą coraz dalej nie tylko od ciężkiego metalu, który niektórzy z nich grają w swoich macierzystych formacjach (wszak Spiritual Beggars to wciąż w dużej mierze projekt poboczny), lecz także od mocno stonerowych początków tej formacji. Już na Earth Blues mieliśmy do czynienia z klasycznym hardrockowym brzmieniem z silnymi wpływami bluesa. Najnowszy krążek szwedzkiego zespołu to w zasadzie jeden wielki hołd dla „Purpurowej Rodziny”. Przeciwnicy muzycznego powielania wzorców sprzed 40 lat będą rwali sobie resztki włosów z głowy, wielbiciele Deep Purple czy Rainbow będą wniebowzięci. A co z fanami deathmetalowego Arch Enemy, w którym na co dzień gra szef Spiritual Beggars Michael Amott oraz basista Sharlee D’Angelo? No cóż, ci chyba już się zorientowali, że muzycy ich ulubionego wrzaskmetalowego zespołu mają też nieco łagodniejszą twarz i lubią sobie pograć klasycznie hardrockowo dla odmiany. Całe szczęście, bo wychodzi im to kapitalnie!

środa, 15 kwietnia 2015

Kamchatka - Long Road Made of Gold [2015]


Trzeba przyznać, że szwedzkie trio Kamchatka narzuciło sobie ostatnimi czasy całkiem niezłe tempo pracy. Ledwie kilka miesięcy temu nadrabiałem zaległości, recenzując ich płytę The Search Goes On wydaną w lutym 2014 roku, a już w moje ręce wpadła mocno przedpremierowo najnowsza propozycja Szwedów – płyta Long Road Made of Gold, która oficjalnie zostanie wydana 22 maja. Szósty krążek w podstawowej wersji ma trwać niecałe trzy kwadranse, więc jeśli chodzi o długość jest bardzo klasycznie. Niespodzianką może być zaangażowanie do prac nad brzmieniem płyty brytyjskiego producenta Russa Russella, który znany jest ze współpracy głównie z zespołami nurtu ekstremalnego metalu, jak Napalm Death czy Dimmu Borgir. Bez obaw – Kamchatka nie zaczęła nagle grać mocnego metalu. To wciąż muzyka rockowa, chyba nawet o nieco lżejszym zabarwieniu niż w przypadku poprzednich płyt.

Teoretycznie nagranie dwóch albumów w tak krótkim odstępie czasu grozi pewnym zlaniem się pomysłów, ale już na samym początku Szwedzi udowadniają, że wciąż dysponują świeżym podejściem do swojej twórczości i nie zamierzają nagrywać kopii swoich wcześniejszych wydawnictw. Utwór Take Me Back Home rozpoczyna partia banjo, które zresztą pojawia się też w dalszej fazie kompozycji, a całość odjeżdża chwilami nawet w nieco progresywne klimaty, choć bez instrumentalnej przesady. Pierwszy singiel z płyty – Get Your Game On – to trzy i pół minuty cholernie chwytliwego grania, które natychmiast podrywa na równe nogi mocno zaznaczonym rytmem i lekkością brzmienia. To w zasadzie niemal taneczny numer, choć utrzymany w rockowej stylistyce. Pierwszą wyraźną różnicą, jaką da się odczuć w porównaniu z poprzednim krążkiem, jest właśnie pewna lekkość brzmienia. Styl Kamchatki składa się z elementów hard rocka, blues rocka i stonera. Tego ostatniego na ostatnim albumie było jakby nieco więcej, choć nie brakowało przy tym dobrych melodii. Odnoszę wrażenie, że na Long Road Made of Gold jest tego stonera dużo mniej, więcej za to brzmień kojarzących się z południem Stanów. Może to dlatego tym razem na okładce mamy muzyków grupy przemierzających na koniach tereny górskie kojarzące się dość mocno właśnie z kontynentem amerykańskim? Płyta sprawia wrażenie lżejszej, bardziej melodyjnej, nastawionej na motywy, które łatwo zostają w głowie. Jednym z niewielu przykładów mocniejszego łomotu jest Human Dynamo, choć i tu jest mniej surowo niż bywało jeszcze choćby na Thank You for Your Time z poprzedniej płyty. Panowie zapuszczają się także odważniej w rejony spokojniejsze. Rain to niesamowicie klimatyczny kawałek, na pewno zbudowany na bluesowych podwalinach, ale wychodzący daleko poza schemat prostego bluesowego kawałka.

W muzyce Kamchatki podoba mi się między innymi to, że grupa nie musi zalewać słuchaczy kaskadą riffów, by przyciągnąć uwagę. Jest ich trzech, słychać, że nagrywają na żywo z ewentualnymi dogrywkami, ale ponieważ muszą potem wykonywać te numery w tym samym składzie na żywo, nie kombinują z nasycaniem swoich utworów dodatkowymi partiami instrumentów. Gitara pełni tu oczywiście ważną funkcję, ale często gra bardzo oszczędnie, jedynie wzmacniając mocne bicie sekcji rytmicznej, jak w Mirror, gdzie oszczędna gra w zwrotkach świetnie sprawdza się w zestawieniu odrobiną szaleństwa w instrumentalnych przerywnikach. Klimat południa powraca w numerze Long Road. Tu muzycznych szaleństw nie ma – jest oszczędnie, klimatycznie i „kowbojsko”. Długie płaszcze, kapelusze, rewolwer ukryty za pasem, pocałunek rudej panny niezbyt ciężkich obyczajów z pobliskiego saloonu i łyk flaszka whisky na pożegnanie przed wyruszeniem w dalszą drogę. To You to chyba jedyny kawałek, w którym aranżacja jest nieco bardziej nasycona licznymi gitarowymi partiami, tak jakby po dziewięciu dość oszczędnych i zwartych aranżacyjnie kompozycjach zespół chciał nam pokazać, że tak całkiem nie zapomina, jak robi się nieco większy hałas. Przez chwilę poczułem się, jakbym słuchał jakiegoś przebojowego singla Foo Fighters i wcale nie zamierzam twierdzić, że te chwilowe skojarzenia mi przeszkadzają.



Zespół Kamchatka odkryłem dość niedawno, bo zaledwie kilkanaście miesięcy temu, i cieszę się, że muzycy tej grupy są w stanie zaskakiwać mnie swoją nową muzyką. To nie jest takie oczywiste. Czasami odkrywamy jakiś nowy dla nas zespół z kilkoma płytami w dorobku, chłoniemy wszystko, co jest dostępne na rynku, a gdy wychodzi nowa płyta – pierwsza za naszej „kadencji” jako fana – przychodzi lekki niedosyt, bo w zasadzie nie ma tam nic nowego, czego nie byłoby na krążkach poprzednich. W przypadku Kamchatki ciągle czuję, że muzycy próbują do każdego albumu podejść nieco inaczej, zaprezentować się z nieco innej strony. Owszem, w ramach pewnego gatunku i jakiejś ogólnej, niezmiennej stylistyki, ale jednak z różnie rozłożonym balansem elementów, które stanowią składniki stylu grupy. Na The Search Goes On było bardziej dynamicznie, na Long Road Made of Gold dominują łagodniejsze klimaty i wpadające w ucho melodie, ale to wciąż charakterystyczne brzmienie szwedzkiego tria, choć chyba z nieco głębszym ukłonem w stronę amerykańskiego rocka. Płyta trafi do sklepów w drugiej połowie maja i jeśli tylko będzie ją można dostać na terenie naszego kraju, powinna być obowiązkowym punktem na liście zakupów każdego fana dobrego rockowego grania.



---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

czwartek, 13 listopada 2014

Kamchatka - The Search Goes On [2014]


Kiedy poznaje się wiele zespołów jednocześnie, łatwo pogubić się w napływie nowych informacji i nowej muzyki. Dobrze, gdy każdego artystę można skojarzyć z jakąś cechą charakterystyczną. Gdy poznałem grupę Kamchatka, na początku utożsamiałem ją głównie z dość kiczowatymi, ale mimo wszystko intrygującymi okładkami zdobiącymi ich albumy. Jednak z każdym kolejnym odsłuchem ich dotychczasowej twórczości moja uwaga skupiała się w coraz większym stopniu na samej muzyce. Tegoroczny – piąty już – krążek szwedzkiego tria wzmógł to zainteresowanie jeszcze bardziej.

The Search Goes On nagrano w nowym składzie. Obok dwóch oryginalnych członków grupy – wokalisty i gitarzysty Thomasa Juneora Anderssona i perkusisty Tobiasa Strandvika – pojawia się nowa postać, najbardziej zresztą znana z całej trójki. To Per Wiberg, do niedawna klawiszowiec dużo popularniejszej grupy Opeth. Per nie jest jednak całkiem nową postacią w obozie Kamchatki, gdyż to właśnie on jest autorem wspomnianych już okładek ich płyt, pojawiał się także gościnnie, obsługując instrumenty klawiszowe na poprzednich wydawnictwach grupy.

Pora na przedstawienie muzyki zespołu, bo nie łudzę się – mało komu w Polsce nazwa Kamchatka kojarzy się z czymkolwiek innym niż z półwyspem na dalekim wschodzie Rosji. Panowie grają bardzo soczystego, dynamicznego i mocno gitarowego rocka, czerpiąc po równo z korzeni bluesowych, jak i z klimatów stonerowych. W efekcie powstaje bardzo ciekawa mieszanka, z jednej strony wypełniona dobrymi melodiami i efektownymi solówkami gitarowymi, z drugiej zaś solidnym rockowym łomotem i ciężkimi riffami. Pokazuje to już pierwsza kompozycja na płycie – Somedays. Sekcja rytmiczna przystępuje do natychmiastowego ataku i w zasadzie przez cały utwór Strandvik niemiłosiernie okładka swój zestaw perkusyjny, a Andersson zasypuje nas bardzo treściwymi riffami, ale w pewnym momencie zaskakuje gitarową solówką bardziej w stylu Jimmy’ego Page’a czy Slasha niż muzyków stonerowych. Tango Decadence to klimaty, które powinny przypaść do gustu fanom Clutch (Kamchatka wielokrotnie grała wspólne trasy z tą grupą) czy Queens of the Stone Age. Znakomity rytm, krótki, rwany riff i czysty rockowy czad połączony z bardzo chwytliwym refren. A do tego zaskakująca kilkusekundowa wstawka pod koniec, która nawiązuje do tytułu utworu. Muzycy nie zwalniają tempa i nie zdejmują nogi z gazu ani na moment. Spora część z dziesięciu kompozycji na The Search Goes On przynosi solidną dawkę rockowego łojenia zamkniętą w przedziale od trzech do pięciu minut, choć na pewno nie można powiedzieć, że panowie jadą „na jedno kopyto”. Czasami podsuną słuchaczowi przyjemny motyw basowy i porywający choć dość prosty riff (Coast to Coast), innym razem pograją tak, że pewnie Joe Bonamassa żałowałby, że to nie on wpadł na coś takiego, gdyby tylko trafił kiedyś na ten krążek (Pressure). Nieco wolniej choć wcale nie sentymentalnie czy łzawo robi się w kompozycji Broken Man. Początek niczym z najlepszych ballad Eltona Johna choć przepuszczonych przez rockowy filtr, a dalej porywająca solówka gitarowa i niemal podniosłe zakończenie. Spokojniej jest także w Cross the Distance i to też jest kompozycja, która spodoba się bardziej zwolennikom klimatów bluesrockowych, choć absolutnie nie ma tu mowy o depresyjnym smęceniu czy rozwlekaniu numeru opartego na jednym motywie do granic przyzwoitości. Blues rock w wersji Kamchatki to wciąż zwarte, treściwe kompozycje, które świetnie współgrają z bardziej dynamiczną częścią płyty.



The Search Goes On oferuje nieco ponad czterdzieści minut niezwykle przyjemnej rockowej jazdy. Nie brak tu ciężaru, ale przyprawionego wpadającymi natychmiast w ucho melodiami. Nie bez znaczenia jest to, że Anderssona wspiera wokalnie Wiberg. Ich dwugłosy w kilku kompozycjach brzmią naprawdę świetnie i sprawiają, że całość jest znacznie przystępniejsza i spodoba się nawet tym, którzy może niekoniecznie gustują w czysto stonerowych klimatach. Kamchatka to jeden z tych zespołów, które prawdopodobnie nigdy nie zdobędą licznej rzeczy fanów i nie będą wypełniały dużych sal koncertowych na całym świecie, ale niemal każdy miłośnik dobrych rockowych klimatów, który jakimś cudem trafi na ich płytę, będzie wracał do twórczości tej grupy, bo to bardzo szczera, dynamiczna muzyka tworzona przez znakomitych muzyków.

---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji