Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iv. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iv. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 kwietnia 2022

Naxatras - IV [2022]

Zespół Naxatras jest mi znany niemal od początków swojego istnienia. Trafiłem na nich jakoś niedługo po tym, jak pojawiła się ich pierwsza płyta, a dwie kolejne opisywałem na blogu, wielokrotnie pojawiali się także w moich audycjach. To niewątpliwie jedni z liderów znakomitej sceny stoner-doom-psych w Grecji. Widać także, że trafiają do coraz szerszego grona słuchaczy, bo przy okazji płyty poprzedniej odnotowałem, ilu mają fanów na FB, a obecnie ta liczba jest niemal dwukrotnie większa. Najważniejsze jednak, że rozwój widać także – a może przede wszystkim – na kolejnych wydawnictwach. Przy okazji poprzednich płyt wyrażałem się o twórczości grupy pozytywnie, ale jednocześnie zawsze zauważałem pewne niedociągnięcia – czasami wynikały ze zbyt garażowej jak na mój gust produkcji, innym znowu razem z chęci umieszczenia na płycie zbyt wielu minut muzyki. Mam wrażenie, że te wady na czwartej płycie zatytułowanej niezbyt zaskakująco IV udało się wyeliminować, w efekcie czego mamy do czynienia z najlepszym  i prawdziwie przełomowym krążkiem w historii grupy.

poniedziałek, 20 marca 2017

Spidergawd - IV [2017]



Na norweską ekipę Spidergawd trafiłem czas jakiś temu przez ich mocne wówczas powiązania z dużo lepiej mi znaną i bardziej doświadczoną formacją Motorpsycho. Jeszcze przy okazji poprzedniego albumu – III – Spidergawd miał w swoich szeregach dwie trzecie składu Motorpsycho. Minął rok i nagle personalnych punktów wspólnych nie ma żadnych, bo basista Bent Sæther postanowił skupić się tylko na swojej macierzystej formacji i ze Spidergawd odszedł, a mniej więcej w tym samym czasie Motorpsycho opuścił zwariowany pałker Kenneth Kapstad, który obecnie może się z kolei poświęcić w całości grupie, która jest bohaterem tego rozpoczynającego się mocno zawile tekstu. Tym, którzy się pogubili, proponuję przeczytanie tego wstępu ponownie, resztę zaś zapraszam do kolejnych akapitów, w których będę się wymądrzał na temat muzycznej zawartości wydanego niedawno czwartego krążka Spidergawd, zatytułowanego… IV.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Santana - IV [2016]



To niewątpliwie jeden z najbardziej wyczekiwanych albumów tego roku w świecie muzyki rockowej. Bo jak często zdarza się, że w studiu nagraniowym schodzi się niemal w komplecie legendarny skład jakiegoś zespołu, który ostatni raz nagrywał razem niemal 45 lat wcześniej? Aż do wydania w 1999 roku przebojowej płyty Supernatural ostatnim albumem Santany, który wszedł na szczyt list przebojów, była nagrana w 1971 roku płyta Santana III. Był to też ostatni krążek oryginalnego zespołu Santana, odpowiedzialnego za takie utwory jak Oye Como Va, Samba Pa Ti, Evil Ways, Soul Sacrifice czy przeróbkę Black Magic Woman. Z każdym kolejnym albumem liczba członków oryginalnego zespołu biorących udział w nagraniach malała, malała też z biegiem lat popularność Carlosa Santany, który stał się artystą kultowym – uwielbianym przez wierne grono fanów za dawne osiągnięcia, ale kompletnie nieobecnym w mediach i świadomości przeciętnego słuchacza. Zmieniła to dopiero wspomniana płyta Supernatural i kolejne krążki nagrane z gwiazdami muzyki pop, rock, country czy nawet hip hopu. Carlos stał się znów wielką gwiazdą, ale niekoniecznie szło to w parze z wartością muzyczną nowych płyt. Powiedzmy to sobie szczerze – te wydawnictwa były obliczone na sukces komercyjny, który zresztą osiągnęły. Prawdziwym artystycznym odrodzeniem gitarzysty jest ukazująca się właśnie płyta IV. Nieprzypadkowo nosi ona taki tytuł, to przecież bezpośrednia kontynuacja pierwszych trzech albumów z przełomu lat 60. i 70., nagranych niemal w tym samym składzie. Czy znajdziemy na niej ten sam klimat, muzyczną intensywność i kompozytorski geniusz? Znajdziemy. Czasami. Ok – dość często, ale nie zawsze.

niedziela, 27 marca 2016

Black Mountain - IV [2016]

Black Mountain to kolejny przykład grupy, na którą trafiam przypadkiem, i która całkowicie powala mnie już przy pierwszym naszym kontakcie. Czasami trzeba mieć po prostu trochę szczęścia. Trafić na coś na chybił-trafił pośród dziesiątek czy setek utworów i zespołów polecanych przez znajomych, autorów blogów czy duże portale muzyczne. Zdecydować – strzelam w to i może mi się spodoba. Któregoś dnia w zeszłym tygodniu mój wybór padł zupełnie na ślepo na Black Mountain i ich najnowszą płytę IV, która oficjalnie ukaże się 1 kwietnia. Nawet ja podejmuję czasem właściwe decyzje, cóż z tego, że przypadkiem. Po jednym odsłuchu tego krążka byłem już mocno zauroczony nowym wydawnictwem kanadyjskiej formacji. Po kilkunastu kolejnych jestem na amen zakochany i gotowy, żeby oświadczyć się całemu zespołowi i zapisać mu w spadku cały mój dobytek.