wtorek, 17 lutego 2015

Lesser Key - Lesser Key EP [2014]


Niewiele jest na świecie lepszych miejsc do tworzenia muzyki niż Los Angeles. Wejdź do któregokolwiek baru czy studia nagraniowego, a usłyszysz prawdopodobnie wszystkie możliwe odmiany rocka czy metalu. To miasto daje olbrzymie możliwości, ale także zapewnia ogromną konkurencję. Wydanie małej płyty w roku, w którym wychodzi niewyobrażalna wręcz masa godnych uwagi albumów też nie pomaga. EP-ki dają szansę przedstawienia światu swojej muzyki w nieco skompresowanej czasowo formie, ale są często uważane za przedsmak dania głównego i pomijane przez magazyny muzyczne i portale, które wolą się czasem skupiać na pełnowymiarowym materiale. Grupa Lesser Key padła ofiarą takiego nastawienia także z mojej strony, bo mogła się tu pojawić dobrych kilkanaście tygodni temu. Odrabiam zatem zaległości już niemal na sam koniec podsumowania płyt wydanych w 2014 roku.

Pierwsze dźwięki EP-ki od razu kierują myśli w stronę grup takich jak Tool. No dobrze, może nie są to aż tak pokręcone klimaty, atmosfera nie jest tak gęsta i ponura, a całość brzmi dość przyjemnie, a to słowo, którego w kontekście muzyki Tool raczej się nie używa, ale zdecydowanie jakieś pokrewieństwo można wyczuć. Co więcej, nie jest to tak do końca przypadkowe skojarzenie. Basistą Lesser Key jest Paul D’Amour, były członek grupy Tool, który grał na wczesnej EP-ce zespołu oraz na debiutanckiej płycie – Undertow. To zresztą ciekawa sprawa, bo D’Amour opuścił tę kapelę, gdyż chciał iść w innym muzycznym kierunku, a po niemal 20 latach nagrywa album, który jest wyraźnie kierowany do fanów jego byłej formacji. No ale nikt nigdy nie powiedział, że trzeba się przez całe życie trzymać raz podjętej decyzji.

Otrzymujemy zatem sześć kompozycji trwających w sumie 25 minut. Wystarczająco, żeby dobrze zapoznać się z kierunkiem obranym przez zespół. Pięć pierwszych utworów wprowadza nas w dość przytłaczający nastrój, ale niepozbawiony elementów sprawiających, że całość brzmi przystępnie. Z jednej strony jest dosyć ponuro, momentami ciężko, ale jednocześnie jest to muzyka, która może trafić w gusta masowego odbiorcy. Może nie masowego odbiorcy muzyki w ogóle, ale na pewno muzyki rockowej. Idealnie dobrano kompozycję otwierającą EPkę. Intercession zaczyna się nieco tajemniczo, rozkręca się stopniowo, a chłód początkowych fragmentów całkiem nieźle łączy się z chwytliwym refrenem i kontrolowanym chaosem warstwy instrumentalnej pod koniec utworu. Ten numer daje dość dobre pojęcie o tym, jak będą brzmiały kolejne kompozycje. Nie znajdziemy tu raczej efektownych popisów instrumentalnych, całość opiera się na mozolnym tworzeniu atmosfery. Czasami prym wiedzie w tym perkusista Justin Hanson, który wcale nie musi okładać zestawu jak wariat, żeby napędzać Parallels. Gitara Bretta Fangera jest często nieco schowana w miksie, jakby zdławiona, ale to sprawia, że zespół brzmi intrygująco. Nie jestem pewny, czy do końca odpowiada mi śpiew na tej EPce. Andrew Zamudio przypomina mi trochę brzmieniem swojego głosu i sposobem śpiewania wokalistę Deftones, z drugiej strony czasami mam wrażenie jakbym słuchał Chestera Benningtona, może nie tyle pod względem barwy, co samej melodii partii wokalnych. I chyba nie do końca mi to leży. Mam wrażenie, że te kompozycje bardziej trafiałyby do mnie, gdyby partiom wokalnym nadać nieco szorstkości i brudu. To zresztą mój zarzut – jeśli w ogóle można to nazwać zarzutem – do całej EP-ki. Brakuje mi tu odrobiny szaleństwa. Jest ciekawy klimat, czasami małe zaskoczenia, jak nieco mocniejsze przyłożenie pod koniec Folding Stairs, ale mam wrażenie, że środek ciężkości poszedł trochę zbyt mocno w kierunku wygładzonych melodii i ładnych wielogłosów. Jest chyba trochę zbyt bezpiecznie. Podoba mi się spokój w In Passing Through. Panowie pozwalają sobie na oszczędniejszy aranż, nieco psychodeliczny klimat i małe odpłynięcie, ale wrażenie psuje trochę znowu ten „piosenkowy” refren. Czasami pasuje, ale akurat w tym numerze można było sobie darować. Zresztą, co ciekawe, uwagę najbardziej przykuwa zamykający płytę kawałek Labile, który jest w zasadzie niespełna trzyminutowym outrem, prezentującym zupełnie inny muzyczny klimat niż reszta płyty. Myślę, że muzyka Lesser Key zyskałaby sporo, gdyby grupie udało się sprawnie połączyć tego typu brzmienia z twórczością, która dominuje w pozostałych pięciu utworach. W zasadzie to nawet nie miałbym nic przeciwko, żeby takie subtelne, hipnotyzujące, podparte elektroniką dźwięki były cechą dominującą w dorobku Lesser Key, ale na to chyba nie ma co liczyć.

To obiecujący start. Nie do końca odpowiada mi nieco zbyt „piosenkowa” forma całości i sądzę, że nieco szaleństwa i poważniejszy flirt z elektroniką i klimatami psychodelicznymi dobrze by zrobiły zespołowi. Ale wszystko przed nimi. Być może w tę stronę pójdą na kolejnych wydawnictwach. Na razie fani Tool, których ich ulubiony zespół zdecydowanie nie rozpieszcza nadmiarem muzyki, dostali do rąk ciekawostkę w klimatach, które mogą ich zainteresować, choć mam wrażenie, że dla nich ten album może być nieco zbyt bezpieczny. Będę czekał na pierwszą dużą płytę Lesser Key. Mam nadzieję, że będą na niej nieco odważniejsi, ale te 25 minut – a zwłaszcza ostatnie 8 – daje nadzieję na to, że panowie postanowią nieco poeksperymentować ze swoim brzmieniem. Wtedy może to być jeden z ciekawszych zespołów poruszających się w tych muzycznych okolicach.



---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

sobota, 14 lutego 2015

Radio Moscow - Magical Dirt [2014]


Każdy, kto – tak jak ja – jest uzależniony od poznawania nowych zespołów i słuchania nowych płyt, wie dobrze, że znane marki i polecenia znajomych to jedno, ale czasem wszystkim rządzi po prostu przypadek. I często bywa, że te przypadkowo poznane kapele zostają z człowiekiem na dłużej. Nie znałem Radio Moscow. Nikt mi ich nie polecił, nie szukałem w Google spisu zespołów z rosyjskimi miastami w nazwie. Ale znam i uwielbiam szwedzko-francusko-amerykańską grupę Blues Pills i grzebiąc któregoś dnia w ich biografii, wyczytałem, że sekcja rytmiczna Blues Pills – basista Zack Anderson i obecnie były już perkusista Cory Berry (podobno przyrodni bracia) – grali kiedyś w zespole Radio Moscow. Sprawdziłem szybko, że grupa ta w 2014 roku wydała płytę. Chwilę potem okazało się, że obaj panowie od jakiegoś czasu z Radio Moscow nie grają, ale było już za późno – trzeba było dotrzeć do albumu. Na początek oczywiście kilka słów o kapeli. Radio Moscow to obecnie trio dowodzone przez wokalistę, gitarzystę (a na niektórych płytach także perkusistę) Parkera Griggsa, który jest jedynym stałym członkiem kapeli od początku jej istnienia, który przypada na rok 2003. Od 2007 roku grupa wydała trzy płyty studyjne i kompilację demówek nagranych przez Griggsa jeszcze przed powstaniem zespołu. Magical Dirt, bo taki tytuł nosi wydana w 2014 roku płyta z uroczym, niekoniecznie jadalnym, mocno psychodelicznym grzybkiem na okładce, to zatem czwarty album studyjny Radio Moscow.

Na początek trzeba zaznaczyć, że panowie są zakochani w latach 70. (i trudno im się dziwić). Grupa nie tylko brzmi jak zespół „z epoki”, ale i tak wygląda. Sądząc po brzmieniu wydawnictwa, postawiłbym całkiem sporą sumę (której, uprzedzam, nie mam) na to, że nagrywają też na sprzęcie „z epoki” i w dodatku na żywo, z ewentualnymi nielicznymi późniejszymi nakładkami. Już dynamiczny początek z trzema pełnymi energii, opartymi na świetnych riffach numerami pokazuje, że będziemy mieli do czynienia z klimatami creamowo-zeppelinowymi z sosem zztopowym i szczyptą stonera. Od razu słychać, że muzycy świetnie czują się w takich brzmieniach. Rozpędzają się i łoją pełnego energii rock n’ rolla aż miło, choć potrafią też złamać utwór i zwolnić, jak w połowie Rancho Tehama Airport. Po trzech dynamicznych numerach robi się spokojniej. Sweet Lil Thing to nawiązanie do brzmienia sprzed niemal stu lat. Tak, tak. To bardzo oszczędny, akustyczny numer, który klimatem zabiera nas do stanu Missisipi i sadza nas na rozpadającej się drewnianej werandzie jakiegoś starszawego bluesmana. Skoro Bonamassie wolno, to czemu nie im? To zresztą nie jedyny numer, w którym ten gitarzysta przychodzi mi do głowy, bo w instrumentalnej, akustycznej części Bridges mamy motyw, który – dałbym sobie uciąć na wszelki wypadek jakąś mniej potrzebną część ciała – słyszałem w wykonaniu Józefa B. Trzecia wycieczka w spokojniejsze, pół-akustyczne brzmienia i klimaty tradycyjnych pieśni bluesowych i folkowych czeka na nas na sam koniec płyty, w utworze Stinging, w którym gitara elektryczna stanowi cudowną, pyszną polewę na akustycznym torcie.

Wspomniane wycieczki w klimaty oszczędniejsze są jednak głównie pojedynczymi przerywnikami od ostrego, hardrockowego łojenia ze stonerowym posmakiem. To podobna muzyczna receptura jak w przypadku nieco młodszej grupy The Vintage Caravan, o której pisałem jakiś czas temu (i napiszę ponownie niedługo, bo młodzież z Islandii wkrótce wyda swoją drugą płytę). Czasami jest bardziej tradycyjnie i kompaktowo (Rancho Tehama Airport czy porywające i nieco zwariowane Got the Time), a czasami z wyskokami w stronę klimatów rocka psychodelicznego, jak w Gypsy Fast Woman, w którym zresztą przez dobrych parę minut panowie próbują ściemniać, że nazywają się Black Sabbath, czy w Before it Burns, które fantastycznie łączy sekcję rytmiczną rodem z najlepszych numerów dawnej grupy Carlosa Santany z porywającą partią gitary tworzącą niesamowity, bliskowschodni klimat. Before it Burns to numer, który z pewnością zrobiłby furorę na Festiwalu Woodstock w 1969 roku.

Przyznaję, że mimo wszystko mam dość ambiwalentne odczucia odnośnie do tego krążka. Z jednej strony wszystko to już gdzieś było, więc oryginalności w tym niewiele, a i sam zespół na swoich poprzednich płytach już te klimaty eksplorował wszerz i wzdłuż. Ale z drugiej strony – płyta brzmi wyśmienicie i słucha się jej naprawdę fantastycznie. Chyba już jakiś czas temu przestało mi przeszkadzać czerpanie całymi garściami z muzyki poprzednich dekad. Radio Moscow nigdy nie będzie tak znane jak Led Zeppelin, Cream czy Hendrix, ale ja bardzo chętnie przejdę się na ich koncert – teraz, za pięć czy nawet za dwadzieścia lat. Takiej muzyki po prostu chce się słuchać, nawet jeśli słysząc ją po raz pierwszy, tak naprawdę znamy ją już doskonale.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

czwartek, 12 lutego 2015

Spiders - Shake Electric [2014]


Zadziorne riffy gitarowe obecne, sprawna rockowa sekcja rytmiczna bezbłędnie napędzająca numery jest, klasyczne rockowe brzmienie w szybkich, pełnych ognia solówkach jest, solidna porcja odniesień do klasyków rocka także na miejscu, chwytliwe melodie, które ruszą z miejsca każdego fana rocka także w wystarczającej ilości, produkcja, która sprawia, że płyta brzmi, jakby była wydana w latach 70. – „tak, tak, tu jestem” – odhaczone. Nie będzie wielkim zaskoczeniem, jeśli napiszę, że zespół pochodzi ze Szwecji? Spiders zainteresowali mnie swoim udanym debiutem sprzed nieco ponad dwóch lat – Flash Point. Było szybko, dynamicznie, zadziornie. I tu w zasadzie niewiele się zmieniło, bo choć mam wrażenie, że kwartet brzmi nieco dojrzalej, to formuła nie zmieniła się w porównaniu z pierwszą płytą. Na Shake Electric też znajdziemy przede wszystkim szybkie, dynamiczne, przepełnione riffami rockandrollowe kompozycje.

Widziałem Spiders na koncercie w Warszawie. Na sali było może ze 40 osób, a grupa grała jako support przed Blood Ceremony. Przyznam, że przyjechałem wtedy specjalnie na support, bo gwiazdy wieczoru nawet za bardzo nie znałem. Nie wiem, ile osób z tej niezbyt licznej widowni było zaznajomionych z muzyką Spiders przed tamtym dniem, ale mam wrażenie, że pod małą sceną w Progresji nie było nikogo, kto by nie bawił się znakomicie podczas krótkiego występu Spiders. Grupa potrafi genialnie rozruszać widownię swoją dynamiczną muzyką, w czym niemały udział pełnej uroku, drobnej blondynki dzierżącej mikrofon w dłoni – Ann-Sofie Hoyles. Co jednak równie ważne, kapela świetnie radzi sobie także w studio. Shake Electric wręcz powala energią, ale jednocześnie brzmi bardzo klasycznie. To nie jest hard rock w stylu ostatnich kilkunastu lat, w którym wszystko brzmi jak na sterydach. Shake Electric to klasyczne brzmienie połowy lat 70. 33 minuty to może niezbyt dużo, ale wydaje się, że wystarczająco, by rozruszać słuchacza, ale nie zmęczyć. To 10 w większości szybkich numerów z mocno podkreślonym rytmem. Porównania? Powiedzmy, że na pewno coś dla siebie znajdą tu fani Kiss, UFO, wczesnego Bowie’ego i T. Rex, ale też Heart czy Joan Jett w różnych wcieleniach. Najbardziej wyróżnia się kompozycja Hard Times, bo to jedyny numer na albumie, w którym zespół porzuca dynamikę i szybsze tempo na rzecz bluesowego klimatu i oszczędniejszej, mniej drapieżnej aranżacji. Zamykające płytę War of the World to jedna z dwóch najdłuższych kompozycji na płycie, choć ledwo przekracza cztery minuty. Ale jest tu mimo wszystko trochę czasu na muzyczne odjazdy i odrobinę instrumentalnego szaleństwa. Ale pozostałe osiem kompozycji to czysty rockandrollowy ogień w wersji kompaktowej.

photo: Jakub "Bizon" Michalski
Choć w otwierających płytę numerach Mad Dog i Shake Electric słychać, że na płycie będzie mocno i głośno, to jednocześnie rzuca się też w uszy niesamowita melodyjność tego materiału. W zasadzie niemal każdy z numerów na Shake Electric mógłby być singlem i z powodzeniem buszować po falach radiowych, gdybyśmy tylko żyli w lepszej rzeczywistości, w której duże stacje chcą grać dobrego rocka, w dodatku także w wykonaniu mniej znanych zespołów, a nie wiecznie tych samych panów w wieku emerytalnym. Zwłaszcza numer tytułowy powala znakomitym riffem i niesamowitą chwytliwością, nic dziwnego zatem, że promował album. Nie wierzę, że znajdzie się jakikolwiek fan dynamicznego, melodyjnego hard rocka, który usiedzi spokojnie przy tym kawałku i po skończonym odsłuchu nie będzie chciał do tego numeru wracać. I takie odczucia towarzyszą mi w zasadzie przez całą płytę, choć w tej dość stałej formule znajdziemy czasem oprócz tradycyjnie przyjemnego rockowego czadu także pewne ciekawostki. Control ma niemal punkowe zacięcie i dynamikę dwuminutowych strzałów Motörhead, zaś w Give Up the Fight zaskakują smaczki w postaci chórków. Znakomity pomysł! Sekcja rytmiczna Spiders spisuje się na medal – zwarta, dokładna, wyraźna w miksie. Jest i cowbell! Ann-Sofie być może nie popisuje się tu szczególną wszechstronnością, ale to, co robi, wychodzi jej wyśmienicie. Ma w sobie bezczelność The Runaways wymieszaną z urokiem Elin Larsson z Blues Pills. Gitarzysta John Hoyles w każdym numerze serwuje jakiś z pozoru prosty, ale cholernie chwytliwy riff i ma masę roboty we wszystkich utworach. To stara dobra szkoła gitary. Bez zbędnych komplikacji czy przesadnych popisów, za to ze świetnym brzmieniem i energią, która natychmiast stawia na nogi.

W zalewie fantastycznych płyt wydanych w 2014 roku zupełnie przegapiłem premierę Shake Electric. Byłem przekonany, że krążek ma się ukazać na początku tego roku i dopiero po wizycie na facebookowym profilu zespołu odkryłem, że płyta już od dobrych 3 miesięcy jest na rynku. Ale jestem przekonany, że mimo tej wtopy i tak jestem w lepszej sytuacji od większości fanów rocka. Ja mimo wszystko wiedziałem, że ten krążek ma się ukazać i teraz mogę się nim już bez przeszkód cieszyć, a tymczasem całe masy potencjalnych fanów Spiders nigdy go nie usłyszą, bo zespół nie jest wielką międzynarodową gwiazdą. Ale może pewnego dnia szczęście się do nich uśmiechnie. Blues Pills od nowa przecierają szlak dla młodych rockowych grup z żeńskimi wokalami i bardzo życzę szwedzkim pajączkom, by podążyły za Blues Pills do świadomości szerokiej grupy odbiorców takiej muzyki.



---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

wtorek, 10 lutego 2015

Messenger - Illusory Blues [2014]


Messenger – nazwa może niezbyt oryginalna. Pewnie mogłaby zniechęcić niejedną osobę. W końcu skoro „posłańców” działa już w branży muzycznej wielu, to może i muzyka będzie równie nieoryginalna. Bzdury, panie! Gdybym tak myślał, przegapiłbym jedną z najciekawszych płyt wydanych w 2014 roku. Tak, mało znany kwintet z Londynu, zupełnie przegapiony przez większość portali zajmujących się muzyką rockową, nagrał absolutnie magiczną, zachwycającą aranżacjami płytę Illusory Blues. Nie znam historii tej grupy, nie wiem, na ile doświadczeni są tworzący ją muzycy. Ale już na debiutanckiej płycie Messenger osiągnęli niesamowity poziom w tworzeniu kompozycji, przekazywaniu emocji i budowaniu klimatu.

Zaczynają absolutnie cudownie. Pierwszy numer na płycie – The Return – to dość nieoczekiwanie bardzo spokojna rzecz. Przyzwyczailiśmy się, że w szeroko pojętej muzyce rockowej przyjęło się rozpoczynać album mocnym uderzeniem, numerem dynamicznym, wpadającym w ucho, chwytliwym – często singlem promującym wydawnictwo. Tymczasem The Return zaczyna się bardzo delikatnie, wręcz leniwie. Wokale przywodzą na myśl klasyczne płyty Wishbone Ash, instrumentalnie to bardzo przyjemny, ciepły klimat, mocno przyprawiony naleciałościami folkowymi. Intensywniej robi się dopiero pod koniec, gdy już zespół mocno się rozkręca, perkusista zwiększa intensywność swoich partii, wokalista „przyciska” nieco mocniej, a bardzo przyjemne tło robią organy. Skojarzenia z grupami łączącymi muzykę progresywną z delikatnymi folkowymi brzmieniami nie opuszczają mnie także przy drugiej kompozycji – Piscean Tide. Świetnie brzmią wielogłosy – słychać, że muzycy sporo pracowali nad idealnym zgraniem wokali, bo ich śpiewu słucha się tu naprawdę przyjemnie. Partie instrumentów smyczkowych wprowadzają pewną melancholię, choć dzięki podkładowi gitarowo-perkusyjnemu, całość pozostaje dynamiczna. Uspokojenie przynosi Dear Departure. Folkowe elementy giną gdzieś, do głosu dochodzi nieco przytłaczający klimat, wysokie, niemal histeryczne zaśpiewy, kojarzące się nieco z twórczością grupy Sigór Ros, a całość niesie dość monotonny motyw perkusyjny. Dodajmy do tego fragment, gdy instrumenty milkną, a my przez dobrą minutę słyszymy tylko upiorne dźwięki, niczym odgłosy nawiedzonego lasu. Muzycy Messenger potrafią budować nastrój i znakomicie czarować swoją muzyką. Po niespełna dwudziestu minutach Illusory Blues mają mnie w stu procentach po swojej stronie. Po tak znakomitych trzech kompozycjach na otwarcie albumu nie mam już wątpliwości, że trafiła się perełka.

Nie ma szans na to, by schrzanili to w drugiej połowie albumu. Nie po tak znakomitym początku. The Perpetual Glow of a Setting Sun absolutnie genialnie kołysze wspaniałą partią gitary, zachwyca wstawkami instrumentów klawiszowych, buja leniwym rytmem wybijanym przez perkusję i powala pięknym nastrojem tworzonym przez partie smyków. No i do tego wokale. Choć w kontekście tej muzyki może się to wydać dziwne, ale w tym numerze słyszę pewne podobieństwa do głosu Chrisa Cornella. To zupełnie inny gatunek, inny sposób użycia głosu, ale w pewnych rejestrach nie mogę oprzeć się wrażeniu, jakbym słuchał wspomnianego wokalisty ze Stanów, który nagle postanowił porzucić ostre rockowe łojenie i zajął się graniem z nieco innej bajki. Najdłuższy numer na płycie, dziewięciominutowe Midnight, zaskakuje. Na początku znowu trochę sielsko, z lekko wycofanymi, wysokimi i delikatnymi wokalami, ale po chwili wchodzi prosty motyw, który aż podrywa na nogi i nie pozwala usiedzieć spokojnie. A potem przyspieszają… i znowu hipnoza, i znowu tajemnicze odgłosy w tle, i robi się dynamiczniej, ciężej. A potem znowu powrót do brzmień akustycznych i oszczędniejszej aranżacji. Już do końca kompozycji muzycy będą żonglować klimatem, dozować nam intensywność brzmienia. Pewnie nie każdemu do gustu przypadną z pozoru nie pasujące do całości kompozycji wokale we fragmencie drugiej części utworu – wysokie, mało dynamiczne, nieco zawodzące, trochę w stylu Radiohead. Ale o dziwo sprawdzają się. Pewnie na dłuższą metę taki śpiew byłby dla mnie męczący. W tym kilkudziesięciosekundowym fragmencie raczej wzbudza zainteresowanie, niż irytuje. Midnight to wspaniała huśtawka nastrojów. Być może nieco chaotyczna i trudna do ogarnięcia, ale niezwykle intrygująca. Dużo przystępniej jest w numerze Somniloquist. Znowu delikatnie, akustycznie, spokojnie i bardzo chwytliwie. Numer buja od pierwszej sekundy, zachwyca wspaniałym połączeniem pozornej prostoty z bogactwem aranżacyjnym. Brzmi niby jak pieśń ogniskowa, ale ile tam się dzieje w tle! I do tego absolutnie fantastyczna partia gitary – instrumentu, który teoretycznie prowadzi całą płytę, ale jednocześnie nie jest nadużywany do popisów solowych. Tutaj przez chwilę gitarzysta grupy może wyrzucić z siebie wszystkie emocje trzymane na wodzy przez poprzednie 38 minut krążka. Po pięknym, ale trudnym w odbiorze Midnight, Somniloquist jest genialną odmianą. Niby prostą w strukturze, ale siła tej kompozycji tkwi właśnie w prostocie tego numeru i absolutnie fantastycznej aranżacji, która ten prosty pomysł ubiera w dźwięki i tworzy z nich coś niezwykłego. Zamykające krążek Let the Light In cudownie wycisza, choć gdy wydaje się już, że album dogaśnie delikatnie spokojnymi akustycznymi dźwiękami, panowie zaskakują wspaniałym, dynamicznym folkowym motywem na zakończenie. Noc kupały, ognisko, wianki na głowach, długie białe szaty i tańce wokół ogniska. Takim klimatem żegna nas niespodziewanie zespół Messenger.

Czasami na wielką przyjemność trzeba trochę poczekać. Nie zawsze dlatego, że długo nadchodzi. Bywa tak, że ta przyjemność jest już gdzieś obok, bliżej lub dalej, a my nie mamy o niej pojęcia. Płyta Illusory Blues ukazała się wiosną. Ja poznałem ją niemal dziesięć miesięcy po jej premierze. Żałuję, że tak późno, bo mimo, że w 2014 wyszło mnóstwo wspaniałych płyt i zdecydowanie było czego słuchać przez cały rok, czuję, że coś traciłem, nie znając wcześniej tego albumu i to chyba będzie dla tej płyty najlepsza rekomendacja. Messenger to jeden z najbardziej obiecujących nowych zespołów szeroko pojętego rocka. Oby na kolejnych płytach czarowali równie pięknie i skutecznie. Płyty Illusory Blues nie można… powtarzam… NIE MOŻNA przegapić!


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

sobota, 7 lutego 2015

Eden Circus - Marula [2014]


Kolejne z późnych odkryć w temacie płyt wydanych w 2014 roku przyszło z całkiem bliska, bo z niemieckiego Hamburga. I to jedno z tych odkryć, które zapowiadało się dobrze już po obejrzeniu bardzo klimatycznej okładki. Czasami widzisz projekt zdobiący album i mniej więcej masz już w głowie dźwięki, których możesz spodziewać się po włączeniu płyty. Oczywiście bywa tak, że okładka jest zwodnicza, ale jednak w większości przypadków pomyłek nie ma. Tak było i tym razem. Spodziewałem się dość stonowanego, ponurego brzmienia i sporej dawki hipnotycznych klimatów przyprawionych melancholią i mrokiem – przynajmniej częściowo to właśnie otrzymałem. Przedstawiam debiut niemieckiej grupy Eden Circus – płytę Marula.

Jedną z większych zalet tego krążka jest to, że mimo wspomnianego posępnego, ciężkiego klimatu, całości naprawdę słucha się bardzo dobrze i bez wrażenia, że z każdym kolejnym numerem dźwięki coraz bardziej męczą swoim ciężarem. Owszem, na krążku panuje muzyczny chłód, raczej nie znajdziemy tu oznak przebojowości czy jakichkolwiek śladów tradycyjnej struktury zwrotkowo-refrenowej, ale o dziwo ta nieprzystępność nie wpływa na komfort odsłuchu. Przyznaję, nie jest to pewnie najbardziej odkrywcze granie na świecie. Początek krążka skojarzył mi się z mieszanką chłodu i melancholii Sigur Rós i melodyki ostatnich dokonań Anathemy. Czasem zaplącze się fragment w stylu starego Opeth („wrzeszczane” wokale nawet pasują w paru miejscach, co zresztą jeszcze bardziej kojarzy się ze szwedzkim zespołem), jak w Comfort, chwilami – głównie w momentach spokojniejszych – trochę tu wspomnianej Anathemy (fragmenty Devoid of Purpose), natkniemy się na ślady Toola czy nawet Alice in Chains (Arc to w zasadzie połączenie mrocznego klimatu tych pierwszych z wokalami lekko nawiązującymi do tych drugich), a i trochę dźwięków w stylu Linkin’ Park też trafimy tu i tam (parę fragmentów A Desert in Between czy „refren” 101). To osobliwa mieszanka, ale sprawdza się całkiem dobrze. Dzięki temu po dość intensywnych utworach z początku płyty, mamy czas na złapanie oddechu przy wspomnianym już Arc czy ponownie bardziej stonowanym, „płynącym” Summon a Ghost. W tym drugim są mocniejsze fragmenty, głośniejsze i bardziej treściwe gitary oraz bardziej intensywne wokale, a nawet wrzaski, ale dzięki wyciszeniom następującym co jakiś czas, całość „wchodzi” o wiele łatwiej i nie powoduje znużenia natężeniem dźwięku. Muzycy oferują coś zarówno zwolennikom mocniejszego uderzenia, jak i tym, którzy najwyżej cenią sobie klimat. Do mnie w tym wypadku chyba najbardziej przemawiają numery oparte na klimacie i wyciszeniach, takie jak Arc czy A Shore of Uncertainty. Znakomicie słucha się zamykającego płytę Playing You, który z wyjątkiem krótkiego przyłożenia gdzieś w szóstej minucie, płynie niepozornie, wkręca coraz mocniej stałym rytmem i powtarzającymi się motywami, i przypomina coś, co mógłby nagrać zespół Riverside, gdyby zmniejszyć zawartość chwytliwych partii gitary w muzyce polskiej grupy o jakieś 75%. Naprawdę będę musiał zrewidować swoją opinię na temat niemieckiej muzyki rockowej i metalowej, bo w 2014 roku wyszło za naszą zachodnią granicą kilka albumów, które obalają moją teorię, jakoby Niemcy grali bez finezji i „kwadratowo”. Kwintet z Hamburga ma „czuja” do tworzenia bardzo ciekawego, nieco tajemniczego klimatu. Nie łupie od szablonu, to wszystko jest robione z głową, no i naprawdę świetnie brzmi. Produkcja to też jedna z zalet tej płyty. Z jednej strony udało się zachować ten nieco duszny, ponury klimat, z drugiej – gdy robi się trochę mocniej, to w temacie gitary jest bardzo gęsto i soczyście. Bębny chodzą pięknie, brzmią naturalnie, a mocniejsze uderzenia czuć każdym organem wewnętrznym. Wokalnie też jest niezwykle wszechstronnie. Czasami mamy zaśpiewy niemal żywcem wyjęte z jakichś radiowych nu-metalowych hitów sprzed kilkunastu lat, innym razem rasowy metalowy wrzask, ale przez większość czasu wokale są całkiem „tradycyjnie” i świetnie wpasowują się w nastrój całości.

Przed powstaniem debiutanckiej płyty grupa przez kilka lat szlifowała materiał. To słychać. Marula to album z twórczością przemyślaną – zupełnie nie czuć, że to ich debiut płytowy. Grają muzykę w sumie niezbyt łatwą, która mimo wszystko dość swobodnie „wchodzi”. To chyba ich największa siła. Z jednej strony nie idą na łatwiznę i nie brną w oczywistości, a jednocześnie ta dziwna mieszanka ciężaru, tajemniczości i melancholii sprawdza się. Przy ich nazwie w Internecie można znaleźć dopiski: „post rock”, „post metal”, „prog metal”, „alternative rock”. Zupełnie nie wiem, jak po swojemu określić to, co prezentuje nam Eden Circus. Przedrostki „post” i „alternative” przed nazwą gatunku zawsze były dla mnie tajemnicą i do dzisiaj nie wiem, o co tak naprawdę w nich chodzi. Zaufam wszechwiedzącemu Internetowi, że faktycznie jest to jakaś mieszanka wyżej wymienionych „szufladek”. Jakby tego nie nazwać, warto zwrócić na nich uwagę. Wielu dużych i tych jeszcze większych w muzyce rockowej i metalowej wydaje wciąż swoje albumy, które z miejsca trafiają do milionów słuchaczy za sprawą magii nazwy i często niestety tylko ta magia nazwy zostaje. Tymczasem zespoły zupełnie nieznane wydają powalające płyty, których niemal nikt nigdy nie usłyszy. Sprawiedliwe to jak sędziowanie na ostatnich mistrzostwach świata w piłce ręcznej, ale mimo wszystko daje to nadzieję, że wbrew temu, o czym bredzą uzależnieni od wszelkich „złotych przebojów” i innych mediów (także takich z gwiazdami w nazwie), wciąż ukazuje się mnóstwo dobrej muzyki, której warto szukać i którą warto się dzielić.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

środa, 4 lutego 2015

Xposure - The Tides the Waves [2014]


Pozory czasem mylą. Krakowską kapelę Xposure i jej twórczość poznałem w zeszłym roku, gdy zespół grał jako support przed gwiazdami polskiej sceny rockowej, grupą Riverside. Przy takim koncertowym towarzystwie należałoby spodziewać się, że Xposure grać będzie szeroko pojętego rocka progresywnego (lub to, co u nas za rock progresywny często uchodzi), tym bardziej, że wydanie ich debiutanckiego krążka wspierał Rock Serwis, który znany jest raczej ze wspierania właśnie artystów sceny artrockowej i progresywnej. A tu niespodzianka. Xposure na swojej pierwszej płycie gra pełnego energii, nieprzekombinowanego rocka. W dodatku robi to całkiem sprawnie, choć przyznam, że nie potrafię jednoznacznie ocenić tego wydawnictwa.

Co podoba mi się na The Tides the Waves? Przede wszystkim partie gitary lidera zespołu i głównego kompozytora, Filipa Wyrwy. Czasami gra mocniej, bardziej klimatycznie, innym razem dość prosto i dynamicznie, ale w obu przypadkach spisuje się bardzo dobrze. Podoba mi się także energia niektórych kompozycji. To zazwyczaj nie jest przesadnie skomplikowane granie, raczej luzacki, dynamiczny hard rock oparty na prostej strukturze, czasami zahaczający o klimaty funkowe (The Tides the Waves i Venus), innym razem bardziej klasyczny w formie (Step into My Room). Ale jest dynamicznie, a do tego cała trójka instrumentalistów wie, do czego służą ich instrumenty. Podoba mi się to, że od czasu do czasu na pierwszy plan na moment wychodzi basista Filip Kuźmiński. Nie są to partie wirtuozerskie, zapierające dech w piersi, ale miło, jeśli czasami basista przypomni, że też jest ważną częścią rockowej kapeli, a na tym krążku przypomina dość często. The Tides the Waves składa się w większości z kompozycji niezbyt złożonych, ale według mnie najlepszym utworem prezentującym brzmienie, do którego grupa powinna dążyć w przyszłości, jest ostatni numer – Nine Days. Zdecydowanie najdłuższy na płycie, bo trwający ponad 7 minut. Jest trochę wolniej niż zazwyczaj, ale ciężko, a mocny rytm perkusyjny i brudna gitara wciągają coraz bardziej z każdą minutą. Świetnie spisuje się tu także wokalistka Agnieszka Mazurek. Do tego prawdziwą ozdobą jest znakomita partia gitary gdzieś w połowie utworu. Lubię na tym albumie także te momenty, gdy zespół zwalnia na moment i ujmuje nieco z ciężkości i dynamiki. Może kompozycje takie jak Where Do We Come From, As Midnight Spreads czy Either nie porażają nowatorstwem i nie są w żaden sposób odkrywcze, ale słucha się ich bardzo przyjemnie.

Z czym więc mam problem? A właściwie dwa lub trzy problemy… Po pierwsze – nie słyszę tu kawałka, który mógłby być „hitem”. Ja wiem, że przebój to słowo, które się źle kojarzy i w pewnych podgatunkach muzyki rockowej nie ma co sobie tym głowy zawracać. Ale jednak jeśli grupa gra żywiołowego, dynamicznego hard rocka, to przydałyby się ze 2-3 kawałki, które natychmiast podrywałyby ludzi i które po jednym odsłuchu zostawałyby w głowie. Tu, mimo paru naprawdę dobrych numerów, takiego przeboju nie słyszę. No dobrze, As Midnight Spreads jest dość chwytliwe i w sumie było naturalnym kandydatem do promocji albumu. Inna sprawa, że chyba jedynym, który posiada tak spory „hiciarski” potencjał. Druga kwestia to wokal Agnieszki. I tu w zasadzie ciężko się czepiać, bo śpiewać umie i słychać, że dobrze czuje się w takich muzycznych klimatach, ale nie w każdym wydaniu taki rodzaj wokalu do mnie trafia i to już chyba bardziej kwestia mojego prywatnego gustu niż ewentualnych niedostatków głosowych wokalistyki. Gdy śpiewa w sposób bardziej stonowany, jak w najspokojniejszej kompozycji na krążku, bardzo urokliwej i świetnie bujającej balladzie Either, słucham jej z wielką przyjemnością. Podobnie w bardziej żywiołowych numerach, gdy nie idzie „na maksa”. W Until the Morning Birds czy As Midnight Spreads znakomicie współgra z instrumentalistami. Ale w kompozycjach, w których wchodzi w mocniejsze tony, czuję, że nie brzmi to do końca tak, jak powinno i mam wrażenie, że w dużej mierze jest to efekt realizacji nagrań, co prowadzi nas do trzeciego i największego problemu, jaki mam z tym albumem. Wiem, że płyta miała brzmieć „żywo” i naturalnie. Ale według mnie brzmi jak dobrej jakości demo i chyba to w dużej mierze nie pozwala mi się wgryźć w ten krążek. Uważam, że gdyby ten materiał został inaczej wyprodukowany, efekt byłby o wiele korzystniejszy. Zdaję sobie sprawę, że w przypadku początkującego zespołu bez wsparcia wytwórni trudno wymagać produkcji na najwyższym poziomie. Istnieje też oczywiście prawdopodobieństwo, że o takie brzmienie zespołowi chodziło, w końcu każdy ma swoje upodobania. Mnie się brzmienie tego albumu nie podoba i mimo wielu odsłuchów nie jestem w stanie przyzwyczaić się do niego.

Mimo tego, co napisałem powyżej, The Tides the Waves to obiecujący start dla Xposure. Jestem przekonany, że jeśli jakiś wydawca da im szansę, trochę czasu w studio i producenta, który będzie w stanie sprawić, że brzmienie będzie miało odpowiednią głębię, a wokale będą brzmiały dobrze bez względu na to, czy są delikatne i stonowane, czy głośne i zadziorne, to Xposure nagrają naprawdę dobry rockowy krążek, z którym trafią do sporej rzeszy ludzi. The Tides to Waves to solidny debiut z paroma niezaprzeczalnymi zaletami i dwiema-trzema wadami, które nie do końca są winą zespołu, a w dodatku nie są niemożliwe do wyeliminowania przy okazji następnego albumu. Ja im kibicuję i mimo wszystko zachęcam do zapoznania się z The Tides the Waves, bo jest w tym zespole potencjał, a i na samej płycie – mimo przeszkadzającej mi produkcji – jest na pewno kilka numerów godnych uwagi. Jeszcze mocniej zachęcam do złapania ich na żywo, bo w wersji koncertowej brzmią według mnie dużo lepiej niż na debiucie.



---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

poniedziałek, 2 lutego 2015

Steve Rothery - The Ghosts of Pripyat [2014]


Rozsiądź się wygodnie w fotelu, włącz przycisk „play” (uwaga, jeśli nie masz pilota, należy najpierw wcisnąć „play”, bo inaczej rozsiadanie się jest zupełnie bez sensu) i delektuj się. Masz na to niemal godzinę. Kolejne 55 minut upłynie ci pod znakiem fantastycznych doznań słuchowych i pięknego brzmienia gitary. Płyty solowe znanych gitarzystów niosą ze sobą pewne ryzyko, zwłaszcza jeśli są to albumy instrumentalne. Często niby wszystko jest ładne i przyjemne, ale brakuje emocji, a w zamian dostajemy jedną wielką popisówkę. Nie w tym przypadku! Steve Rothery, gitarzysta Marillion, w końcu wydał swoją pierwszą prawdziwą studyjną płytę solową i chyba należy uznać, że zwlekanie z tym krokiem mogło być niezłym pomysłem. Wydał, kiedy uznał, że ma coś, co warto przedstawić światu. Miał rację. Uwagę zwraca już okładka. Właściwie to wygląda jakoś tak… znajomo. Jak typowe polskie blokowisko straszące wielką płytą, starymi huśtawkami na obskurnych placach zabaw i koszmarnymi betonowymi sklepami z „typową panią Grażynką”, która niezmiennie w tym samym plastikowym czepku na głowie sprzedaje od 40 lat wędlinę i „chlebuś”. Tylko ludzi na ulicach jakby brak. To Prypeć – miasto-widmo, ewakuowane w całości po awarii elektrowni w Czarnobylu i od tamtej pory całkowicie opuszczone. Prawdziwe miasto duchów. To smutny, wręcz przerażający widok. W pewnym sensie ten smutek i melancholia obecne są także w muzyce zawartej na The Ghosts of Pripyat.

Na album składa się siedem instrumentalnych numerów, w których oczywiście dominuje brzmienie gitary, ale na pewno nie jest to płyta „popisowa”. O tym, że Rothery potrafi wyczarować nieziemsko piękne melodie za pomocą swojego instrumentu, wie chyba każdy fan rocka z jakimkolwiek słuchem muzycznym i odrobiną gustu. Marillion można lubić lub nie (aczkolwiek lepiej lubić…), ale geniuszu Rothery’emu odmówić się nie da. Gdyby nie on, pewnie nie byłoby Riverside, nie byłoby Collage, nie byłoby w końcu zapewne Porcupine Tree, którego lider – Steven Wilson – pojawia się w kompozycji Old Man of the Sea i gra absolutnie cudowną partię gitary. Zresztą cały numer zachwyca bardzo oszczędnym klimatem, znakomicie rosnącą intensywnością brzmienia oraz świetnymi wstawkami basu Yatima Halimiego i klasycznym progrockowym współbrzmieniem gitary i klawiszy. Niemal 12 minut absolutnie fantastycznych doznań słuchowych. To numer, który pokocha każdy fan niezwykle popularnej w Polsce w środowisku fanów muzyki progresywnej grupy Airbag, bo nie da się ukryć, że gitarzysta norweskiej formacji Bjørn Riis – o którego solowej płycie także niedawno pisałem – prezentuje podobny styl gry i porusza się po zbliżonych rejonach na mapie muzycznych emocji. Pisałem o tych, których nie byłoby, gdyby nie Rothery. Rothery’ego pewnie nie byłoby, gdyby nie Steve Hackett – legendarny gitarzysta klasycznego składu Genesis. I on także pojawia się na The Ghosts of Pripyat, ozdabiając brzmieniem swojej gitary wspomniane już Old Man of the Sea, ale także otwierający krążek numer Morpheus – błyskawicznie upływające osiem minut wypełnione wspaniałymi „dźwięzażami” (w tym miejscu ujawniają się moje słowotwórcze zapędy). O takim utworze marzyłem przy okazji wydania pewnej zeszłorocznej płyty z bezkresną rzeką w tytule… Można się domyślać, że gościnny udział mistrza Hacketta był dla Rothery’ego źródłem olbrzymiej radości. Aż chciałoby się, żeby panowie nagrali razem całą płytę, ale nie wiem, czy ktokolwiek zniósłby tyle gitarowego piękna przez dłuższy czas. Może lepiej pozostać przy takich pojedynczych smaczkach.

Podobają mi się przyjemne orientalizmy w Kendris, które w połączeniu z nieco „plemiennym” motywem perkusyjnym i pewną lekkością czy nawet skocznością tego numeru, tworzą bardzo ciepły, niemal radosny klimat, co jest miłym urozmaiceniem na tej dość spokojnej i melancholijnej płycie. White Pass oferuje w pierwszej części dźwięki lekko knopflerowskie, zahacza o klimaty amerykańskich bezdroży i niemal można wyobrazić sobie historię opowiadaną tu bez słów. Zaskoczeniem jest druga część tego utworu, która przynosi powtarzający się motyw gitarowy i trochę mocniejsze brzmienie. To jedna z tych kompozycji, które hipnotyzują powracającymi motywami i wciągają coraz intensywniejszymi dźwiękami. Wspomniana druga część to także jeden z niewielu momentów, kiedy robi się nieco głośniej i mocniej, choć warto zauważyć, że w większości kompozycji przez dłuższą lub krótszą chwilę muzycy serwują nam zintensyfikowane doznania dźwiękowe. Tak jest na przykład w Yesterday’s Hero, które przez większość czasu koi delikatną melodią, ale w drugiej części nabiera intensywności, łącząc floydowe melodie z motywem gitarowym, który brzmi niezwykle… „szkocko”. Bardzo ciekawe jest Summer’s End, które rozpoczyna się niezwykle delikatnie i niemal sielsko, lecz w drugiej części nabiera rozpędu, a zamiast delikatnych muśnięć strun, słyszymy ognistą partię „elektryka” i znakomicie uzupełniające gitarę, wycofane nieco w miksie organy. Aż trochę szkoda, że nie zaproszono ich na moment na pierwszy plan. Podobnie zresztą jak w zamykającym krążek utworze tytułowym, który aż prosi się o dalsze rozwinięcie gitarowo-organowe. Ale może myślę zbyt mocno w kategoriach hardrockowych, a to przecież płyta, która z klasycznym, ognistym hard rockiem nie ma wiele wspólnego, poza użytym instrumentarium.

Chyba jedyną rzeczą, która nieco przeszkadza mi na tym krążku, jest pewna przewidywalność. Większość kompozycji płynie według zbliżonego schematu – niezwykle spokojne, „senne” rozpoczęcie, mozolne budowanie klimatu i długie rozwinięcie, a następnie coraz większa intensywność bliżej końca utworu. Ale to chyba jedyny poważniejszy minus tego albumu. Rothery gra wybornie, sławni goście bardzo przyjemnie zaznaczają swoją obecność, zaś zespół towarzyszący gitarzyście może nie powala nas technicznymi fajerwerkami ani zapierającymi dech w piersi partiami solowymi, ale zapewnia solidne „tło”. Nie przeszkadza też brak wokalu. Łatwiej skupić się na partiach instrumentalnych, a i miło usłyszeć Rothery’ego w takiej odsłonie. Nie ukrywam, że mój organizm toleruje wokale Steve’a Hogartha tylko w pewnych dawkach i mimo tego, że bardzo gościa szanuje i są takie nagrania „obecnego” Marillion, które bardzo cenię, a w niektórych przypadkach nawet uwielbiam, to jednak na dłuższą metę nie potrafiłem wgryźć się w „post-rybną” twórczość tej grupy. The Ghosts of Pripyat mój organizm toleruje za to z łatwością i jeśli mam być szczery, to będę do tej płyty wracał częściej niż do któregokolwiek z krążków zespołu na M z ostatniego ćwierćwiecza. To jest świetne wydawnictwo dla tych, którzy Rothery’ego mogliby słuchać bez końca, ale właśnie niekoniecznie w połączeniu z obecnym wokalistą jego macierzystego zespołu, co oczywiście zapewne nie przeszkodzi także wiernym fanom tej grupy zachwycać się tym albumem. W końcu ważniejsze od tego, czego (lub kogo) na nim nie ma, jest to, co i kto na nim jest. Jest Rothery, jego cudowna gitara i wyjątkowa zdolność do tworzenia i grania wspaniałych melodii. A to dużo… bardzo dużo.



---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

czwartek, 29 stycznia 2015

Budka Suflera - Cień wielkiej góry live: Przystanek Woodstock [2014]


Klimatyczne intro zupełnie zbędne, nie trzeba budować napięcia, zespół nie musi pojawiać się na scenie wśród dymu i efektów świetlnych. Krótkie wprowadzenie Jurka Owsiaka, Romuald Lipko wita się z publicznością zaledwie kilkunastosekundowym przemówieniem, a potem już Krzysztof Cugowski rozpoczyna spokojnie… „Znowu w życiu mi nie wyszło…” i od tej chwili aż do samego końca występu jest absolutnie magicznie. Pierwszy numer i od razu owacja publiczności, ryk setek tysięcy gardeł śpiewających wraz z Cugowskim słowa jednego z największych hitów Budki Suflera. Ale zaraz… to przecież nie Takie tango ani Bal wszystkich świętych, a Sen o dolinie – polska wersja Ain’t No Sunshine, którą Budka rozpoczynała swoją wielką karierę 40 lat temu, gdy większości osób zgromadzonych pod sceną i śpiewających z zespołem słowa tej kompozycji nie było jeszcze na świecie. To swoisty woodstockowy ewenement – na głównej scenie tego gigantycznego festiwalu występowali już tenorzy, zespoły ludowe czy artyści kojarzeni raczej z muzyką pop, jak choćby Justyna Steczkowska czy Marika. Wszyscy mogli liczyć na fantastyczne przyjęcie publiczności, która na co dzień słucha rocka, metalu, punka czy reggae. Spora część tłumu, którzy przyszedł pod scenę, by uczestniczyć w koncercie Budki, wiedziała, czego spodziewać się po tym występie. Od dawna wiadomo było, że zespół zaprezentuje przede wszystkim kompozycje ze swojego pierwszego albumu – Cień wielkiej góry. Ci, którzy kojarzyli muzyków z wymienionymi wcześniej hitami i z Festiwalem w Opolu, przez kolejne 80 minut musieli przeżywać szok.

Na sam koniec kariery Budka Suflera postanowiła przypomnieć, że była kiedyś zespołem grającym znakomitego rocka progresywnego, łączącego gitarowy ogień z wokalnymi popisami Cugowskiego  i gęstym brzmieniem instrumentów klawiszowych Lipki. Gdzie lepiej to zrobić jeśli nie na największym festiwalu świata? Nawet jeśli przed koncertem na woodstockowym polu namiotowym ktoś podśmiewywał się z weteranów polskiej sceny, po występie zespołu z Lublina chyba nikt już nie miał czelności. Budka zagrała jeden z najbardziej niesamowitych koncertów w historii festiwalu. Po przebojowym rozpoczęciu w postaci Snu o dolinie muzycy przeszli do dynamicznego, rockowego utworu Memu miastu na do widzenia z płyty Za ostatni grosz nagranej ze zmarłym przed kilku laty wokalistą Romualdem Czystawem (choć wersja oryginalna pochodzi z 1974 roku i śpiewana była przez Cugowskiego). Potem jeszcze szybki skok do końca lat 80. i płyty Ratujmy co się da!, z której pochodzi kompozycja To nie tak miało być, i zaczyna się… Siedem z kolejnych ośmiu utworów to materiał z dwóch albumów wydanych w połowie lat siedemdziesiątych, czyli z Cienia wielkiej góry oraz drugiej płyty w dorobku Budki, Przechodniem byłem między wami. Krzysztof Cugowski daje pokaz olbrzymiej siły swojego głosu w Pieśni niepokornej, w Nocy nad Norwidem wokalnie wspomaga go (nie po raz pierwszy i nie ostatni tego dnia) jego syn, Piotr Cugowski. Trzeci z klanu Cugowskich – Wojciech – cały koncert pomaga grupie na gitarze, choć i on będzie miał swoje pięć minut (no dobrze, trochę mniej…) przy mikrofonie. Czasami głosy Cugowskich lekko mijają się, ale można im to wybaczyć, w końcu to nie występ The Beach Boys czy Poznańskich Słowików. Obu głównych tego dnia wokalistów wspierają dwie chórzystki, które po raz pierwszy odważniej dochodzą do głosu w wielkim dziele polskiego rocka – tytułowej kompozycji z płyty Cień wielkiej góry. Zespół brzmi potężnie, monumentalnie. Duża w tym zasługa aż trzech gitarzystów na scenie, bo obok stałego w ostatnich latach wiosłowego grupy – Łukasza Pilcha – oraz wspomnianego Wojtka Cugowskiego, z kapelą gra także były basista Budki – Mieczysław Jurecki, tym razem głównie z klasycznym „elektrykiem” w rękach.

Pierwszoplanowe role grają jednak bez wątpienia trzej weterani – Cugowski senior, Lipko oraz Tomasz Zeliszewski. Lipko wychodzi na pierwszy plan wielokrotnie, błyszczy także w Szalonym koniu, dwudziestominutowym kolosie z debiutanckiej płyty, który stylistycznie ma tyle wspólnego z późniejszym popowym obliczem Budki, co prezes Orlenu z chińskimi dziećmi składającymi zabawki za miskę ryżu. To niezwykle trudny w odbiorze numer, zwłaszcza dla publiczności nawykłej raczej do dynamicznych, głośnych numerów metalowych lub radosnych pląsów w rytmach reggae. Ale nie widać znużenia. Ludzie stoją jak zaczarowani, niektórzy pływają, niesieni na rękach tłumu, inni wsłuchują się z zamkniętymi oczami w dźwięki dochodzące ze sceny. Co bardziej energiczni próbują organizować circle pity i małe pogo. Kto by pomyślał? A zespół serwuje kolejne znakomite, choć nieco zapomniane numery ze swojego pierwszego krążka. Zeliszewski gra tak, jakby miał połowę swoich lat. Bębni jak nawiedzony przez cały koncert. W napędzanym znakomitym riffem numerze Samotny nocą wyżywa się na swoim zestawie, jakby chciał dołożyć jeszcze odrobinę więcej mocy do i tak potężnego rockowego numeru. A później to, na co czekał cały Woodstock – Romuald Lipko zapowiada Felicjana Andrzejczaka, który wykonuje wraz z dziesiątkami… setkami tysięcy ludzi „Jolkę”. Najstarsze kompozycje grupy zostały przyjęte entuzjastycznie, ale nie ma co się oszukiwać – to „Jolka” wywołała absolutną euforię w promieniu kilkuset metrów od sceny. Niewiele było w dwudziestoletniej historii Przystanku Woodstock momentów, kiedy publiczność śpiewała tak głośno. Drugi refren, gdy do Andrzejczaka dołączyli Cugowscy, a całą trójkę wspomógł niewiarygodny ryk woodstockowych gardeł, słychać było chyba w każdym domu w Kostrzynie nad Odrą. To niewątpliwie jeden z najbardziej niesamowitych momentów, jakie były moim udziałem w trakcie sześciu Przystanków Woodstock, na które miałem przyjemność pojechać. A to przecież nie koniec, bo nim zespół pożegnał się jedynym „nowszym” numerem w zestawie, pochodzącym z wydanej w 1997 roku multiplatynowej płyty Nic nie boli tak jak życie (podobno najlepiej sprzedającego się krążka w historii polskiej fonografii) kawałkiem Głodny, usłyszeliśmy jeszcze kolejny kanon polskiego rocka – Jest taki samotny dom. Wspaniały organowy wstęp, pierwszy fragment tekstu zaśpiewany przez Wojtka Cugowskiego, a następnie potężne klawiszowo-gitarowe uderzenie. No i to wyciszenie, gdy po mocniejszej części, niczym po wielkiej bitwie, nagle dobiega nas delikatny śpiew – „A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój…”. Uściski, gratulacje, owacja od publiczności, „Sto lat”, „dziękujemy”, zdjęcie całego zespołu, ukłony. Chciałoby się jeszcze, ale z drugiej strony – może lepiej, że pozostał pewien niedosyt? Zagrali to, co najlepsze. Jasne, miło byłoby usłyszeć jeszcze Noc komety, może także jeden z hitów śpiewanych w oryginale przez Czystawa, jak Nie wierz nigdy kobiecie czy Za ostatni grosz. Ale nie wiem, czy nie zakłóciłoby to nieco klimatu koncertu. A przecież było pięknie, niemal idealnie. 


Budka Suflera w czasie czterdziestu lat na scenie miała swoje wzloty i upadki. Karierę zakończyła jednak jednym z największych wzlotów w swojej historii. To jedna z najlepszych płyt koncertowych z Przystanku Woodstock. Ba, to jedna z najlepszych płyt koncertowych w historii polskiego rocka. Wspaniały testament pozostawiony przez wielki zespół, który być może nieco pogubił się w późniejszych latach swojego istnienia, ale zszedł ze sceny w najlepszy możliwy sposób. To także dowód na ponadczasowość świetnej muzyki i na muzyczną otwartość bywalców „Najpiękniejszego Festiwalu na Świecie”. Płyta Cień wielkiej góry live to fantastyczna pamiątka dla tych, którzy mieli okazję – jak ja – uczestniczyć w tym wydarzeniu. Ale to także pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów starego dobrego polskiego rocka. Ja już nie będę pamiętał Budki z pop-rockowych przebojów serwowanych telewidzom i „najlepszej na świecie opolskiej publiczności”. Zapamiętam ich z porywającego, pięknego koncertu na Przystanku Woodstock, podczas którego wielu moich sceptycznie nastawionych znajomych kręciło z niedowierzaniem głową, gdy grupa prezentowała kolejne powalające progrockowe kompozycje. Brawo Budka, brawo publiczność, brawo Jurek Owsiak i Piotr Metz, bez których nigdy by do tego nie doszło. „Dzięki bardzo, mam nadzieję, że się udało” – mówi przed ostatnim numerem Krzysztof Cugowski. Udało się, oj udało…


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

czwartek, 22 stycznia 2015

Animals as Leaders - The Joy of Motion [2014]


Metal mnie nudzi (kontrowersyjny początek odhaczony). No dobrze, może nie zawsze, może nie każdy rodzaj, ale nigdy nie ukrywałem, że dużo lepiej czuję się w stylistyce rockowej. Naprawdę trzeba czegoś nowego i intrygującego, żeby w jakiś sposób zachęcić mnie do przyjrzenia się grupie metalowej. Uwielbiam Iron Maiden, ale nigdy nie byłem w stanie zmusić się do słuchania całej masy ich naśladowców, kiszących się przez całą karierę w klasycznych heavymetalowych patatajstwach. Lubię starą Metallikę czy Megadeth, ale większość sceny thrashmetalowej jest mi zupełnie obojętna. O mocniejszych rejonach gatunku nawet nie wspominam, bo to już zupełnie nie moja bajka. Ale od czasu do czasu trafia się grupa, która z jakiegoś powodu jest dla mnie intrygująca i oferuje coś tak nieoczywistego, że postanawiam przyjrzeć się jej bliżej. Tak było mniej więcej dekadę temu z Dream Theater, podobnie do pewnego stopnia miała się sprawa z zespołem Cynic kilka lat później. Najnowszą ciekawostką metalową w moim muzycznym uniwersum jest amerykańska kapela Animals as Leaders, która w 2014 roku wydała swój trzeci krążek – The Joy of Motion.

Kiedy po kilkunastu sekundach dość spokojnego wstępu do otwierającego krążek utworu Ka$cade nagle zostajemy zaatakowani ostrym łomotem perkusji i mocnym riffem, wiadomo już, że to nie będzie spokojny krążek. The Joy of Motion to ponad 54 minuty solidnego łupnia gitarowo-perkusyjnego, ale łupnia przemyślanego, bez bezsensownej młócki. Trio z Waszyngtonu od początku atakuje z dużą mocą, ale jednocześnie cały czas czuć w tym olbrzymią przestrzeń. Na płycie pojawia się sesyjny basista, od czasu do czasu słyszymy też wstawki klawiszowe (i bas, i klawisze to sprawka muzyków grupy Periphery – odpowiednio Adama Getgooda i Mishy Mansoora. Ten drugi jest też zresztą byłym członkiem Animals as Leaders i producentem tego krążka), ale tak naprawdę rządzą tu niepodzielnie gitary i bębny. Nowy perkusista grupy – Matt Garstka – tłucze aż miło, a zadanie ma niełatwe, bo przebić się przez podwójny gitarowy atak panów Abasiego i Reyesa nie jest łatwo, zwłaszcza gdy ci prezentują coraz to nowe połamańce riffowe. A jednak w zasadzie we wszystkich numerach cały czas zwraca się uwagę na znakomite bębnienie Garstki (co ten gość wyprawia w Crescent?). Co istotne, w zasadzie każda kompozycja ma momenty spokojniejsze, gdy słuchacz ma chwilę na złapanie oddechu. To ważne na tego typu płycie, bo nieustanny atak na zmysły byłby na dłuższą metę niezwykle ciężki do zniesienia, a słuchanie muzyki ma być przecież przyjemne. Physical Education zaskakuje nawet niezwykle chwytliwym motywem gitarowym, który równie dobrze mógłby znaleźć się na płycie Joego Satrianiego, choć sam ciężki podkład w tym utworze to raczej klimaty bliższe choćby wspomnianej grupie Cynic. Znakomitym dodatkiem są tu wspomniane klawisze, które dodają utworowi pewnej lekkości. To chyba w tym numerze zespół jest najbliższej osiągnięcia czegoś, co można by nazwać przebojowością, choć musimy cały czas pamiętać, że mowa o muzyce, która przyprawiłaby o ból głowy i palpitacje wszystkiego przeciętnych słuchaczy stacji komercyjnych.

Obok spokojniejszych fragmentów zaskakują także (choć może nie powinny) wstawki nawiązujące lekko do muzyki jazzowej, a nawet do flamenco. To właśnie takie smaczki sprawiają, że tej płyty słucha się przyjemnie i z zainteresowaniem. Odsłaniają inną twarz muzyków, pokazują, że potrafią bawić się nie tylko techniką, ale i klimatem. Bo trzeba sobie powiedzieć jasno – jest to płyta wirtuozerska, ale nie bezduszna. Owszem, nie ma tu jakichś wielkich brzmieniowych uniesień i wzruszeń, panowie bazują raczej na mocy niż na atmosferze, ale jednocześnie nie czuję, żeby to było granie dla grania. Tym bardziej, że momentami brzmią tak, że niejeden fan różnych gwiazd metalu progresywnego mógłby pomyśleć – „szkoda, że ci moi tak już nie grają”. Nie chodzi wcale o podrabianie, ale w Tooth and Claw trio brzmi momentami jak stary dobry Dream Theater (no, może na sterydach). The Future That Awaited Me to bardzo potrzebny łyk świeżego powietrza. Zdecydowanie większa dawka dźwiękowej przestrzeni, która daje wytchnienie po siedmiu solidnych kopach. Jazz-metal na wspomagaczach. Chwilę później, w pierwszej części utworu Para Mexer,  słyszymy wspomniane elementy flamenco. Mistrzowskie posunięcie – nie dość, że zaskakujące, to jeszcze udanie kontrastujące z cięższymi fragmentami, które dominują na The Joy of Motion. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że płycie dobrze zrobiłby jeszcze z jeden numer w podobnym klimacie, umieszczony gdzieś bliżej początku.

Muzyka Animals as Leaders nie jest łatwa w odbiorze, ale chyba członkowie tej grupy nigdy nie mieli ambicji grania pod przeciętnego „Kowalskiego”, który potrzebuje piosenek do zanucenia. To nawet nie jest twórczość dla przeciętnych fanów metalowego grania. To nowoczesne oblicze progresywnego metalu, powiew świeżego powietrza w nieco skostniałych strukturach gatunku. Być może płyta mogłaby być trochę krótsza. Niemal godzina tego typu muzyki, w dodatku w wydaniu całkowicie instrumentalnym, to sporo. Trudno zachować pełną koncentrację przez cały czas trwania albumu i sądzę, że dobre piętnaście minut mniej zrobiłoby temu wydawnictwu nie najgorzej. Ale jeśli to ma być główna wada płyty, to chyba nie ma tak naprawdę na co narzekać. The Joy of Motion porywa, nieustannie atakuje zmysł słuchu szybkim „ruchem” muzyki i zostawia słuchaczy bez tchu. To płyta niezwykle wyczerpująca, ale nie dlatego, że słuchanie tych utworów to męczarnia, a dlatego, że odsłuch płyty bez reszty angażuje. Tych kompozycji nie da się po prostu włączyć w tle i zająć się czymś innym, one domagają się uwagi, a jak tylko człowiek próbuje na chwilę stracić nimi zainteresowanie, łapią go za mordę i przyciągają do głośnika. Czasami każdy potrzebuje tego rodzaju muzycznej przemocy.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

wtorek, 20 stycznia 2015

Syreregn - Skabt Værk Består [2014]


Duńska grupa Syreregn i ich zeszłoroczny, drugi w karierze krążek – Skabt Værk Består – to odkrycie już tegoroczne. Jak to zwykle bywa, jak tylko człowiek zrobi jakieś podsumowania, to od razu trafiają do niego masowo tytuły płyt, które należałoby jeszcze sprawdzić i można być absolutnie pewnym, że wśród tych tytułów znajdą się pozycje, o których nie wspomnieć po prostu nie wypada. Płyta duńskiego tria to właśnie jeden z takich albumów, bowiem Skabt Værk Består to wydawnictwo niezwykle wciągające, intrygujące i przede wszystkim znakomicie brzmiące.

To, co rzuca się w uszy od pierwszego odsłuchu płyty, to spora różnorodność stylistyczna. Czterdziestominutowy krążek zawiera ledwie sześć kompozycji, co już dość dobitnie sugeruje, że mamy do czynienia z artystami, którzy nie boją się „odjeżdżać” w improwizacjach i cierpliwie budować atmosferę. Słychać to szczególnie w dwóch numerach. Utwór tytułowy, który otwiera album, łączy w sobie tajemniczość The End grupy The Doors z lekkością i finezją numerów Wishbone Ash (choć już niekoniecznie z brzmieniem, bo zamiast podwójnej gitary prowadzącej mamy tu gościnny udział instrumentów klawiszowych). Sporo tu przestrzeni, wspaniale słychać każdą nutę graną przez basistę i wokalistę Thora Bodinga. Muzycy nigdzie się nie spieszą, wciągają słuchaczy w swoją opowieść. To jednak dopiero przedsmak tego, co dostajemy w dwunastominutowym Marana Tha. Tu już mamy do czynienia z odjazdem w pełnym wymiarze. Wokali brak, lecz nie ma to żadnego znaczenia, gdyż swoją własną opowieść snują instrumenty. Rock psychodeliczny w starym dobrym stylu ze znakomitą polewą azjatycką. Z jednej strony klimat Indii, który natychmiast wciąga i hipnotyzuje coraz bardziej z każdą minutą, z drugiej znakomita, pełna rockowego ognia solówka gitarowa. Te dwie kompozycje – trwające w sumie dwadzieścia minut – to już wystarczający powód, by sięgnąć po Skabt Værk Består, ale ten krążek zasługuje na uwagę także dlatego, że oprócz wspomnianych utworów, w których zespół śmiało zapuszcza się w psychodeliczno-improwizacyjne rejony, znajdziemy tu także numery o bardziej tradycyjnej rockowej konstrukcji, niewątpliwie przystępniejsze, bardziej zwarte i stanowiące znakomitą przeciwwagę dla wspomnianych „odjazdów”.

Przypadkowo lub nie – te nieco bardziej „piosenkowe” kompozycje to jedyne numery o angielskich tytułach, śpiewane właśnie w tym języku. Psychedelic Baby to bardzo śmiałe nawiązanie do stylistyki późnych lat 60. Coś dla tych, którzy z chęcią wracają do pierwszych trzech płyt Deep Purple lub wczesnej twórczości Pink Floyd. Struktura i melodia to po prostu chwytliwy pop z dawnych czasów, ale ubrany w ciężkie organy i przybrudzoną gitarę. To typ kompozycji, która w 1968 roku podbijałaby listy przebojów – brzmi absolutnie bosko! Oczami wyobraźni widzę Duńczyków w londyńskim klubie UFO, na jednej imprezie z Pink Floyd czy Soft Machine. Going Under to z kolei dość tradycyjny hard rock w klasycznym wydaniu. Jest szybko, dynamicznie i bardzo… BARDZO gitarowo. Casper Gyldensøe wymiata aż miło, chwilami mam wrażenie, jakbym słuchał nieznanych nagrań Tommy’ego Bolina. Jak ci goście uchowali się poza rockowym mainstreamem? A, tak – teraz za rock uznaje się Coldplay (wybaczcie, musiałem…). No przecież nie można grać tak dobrze i być tak nieznanym. To zbrodnia! Dzieła całkowitego znisz zauroczenia dopełnia HypnoKogen, które wyróżnia się dynamiką, nieco kosmicznym klimatem i znakomitą robotą sekcji rytmicznej Boding / Rasmus Kurdahl.

Skabt Værk Består to nieodkryty (przynajmniej do tej pory…) klejnot wśród płyt wydanych w 2014 roku. To album, który czaruje, wciąga i powala od pierwszej do ostatniej sekundy. To czterdzieści minut spędzonych w towarzystwie muzyków, którzy nie idą na łatwiznę – znaleźli na siebie interesujący pomysł, starają się nie być jednowymiarowi i jestem przekonany, że będą stopniowo zdobywali coraz liczniejsze grono słuchaczy. Oczywiście trudno im będzie przebić się do świadomości przeciętnego odbiorcy tego typu muzyki, ale sukces porównywalny z tym, który stał się udziałem kapel takich jak Graveyard, a przynajmniej Siena Root, zdecydowanie jest możliwy przy pewnej dawce szczęścia.



---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji