poniedziałek, 17 listopada 2014

Motorpsycho - Behind the Sun [2014]


Większość skandynawskich zespołów, które w ostatnich latach przyciągnęły moją uwagę, to grupy relatywnie młode, mające na koncie często dwie lub trzy płyty. Jest jednak kilka wyjątków. Jednym z nich jest norweski zespół Motorpsycho, który – ku mojemu zaskoczeniu – istnieje już ćwierć wieku i zdołał wydać w tym czasie szesnaście płyt studyjnych, kilka albumów koncertowych oraz w sumie kilkadziesiąt EPek i singli. Jakim cudem umykali tak długo mojej uwadze? Nie mam pojęcia, ale to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że skandynawski rynek rockowy nie został przeze mnie spenetrowany nawet w dziesięciu procentach, a pozytywnych zaskoczeń nowymi dla mnie grupami z tego regionu wystarczy mi na całe obecne życie i jeszcze pewnie spory kawał kolejnego. A co najważniejsze, na tegorocznej płycie zatytułowanej Behind the Sun, muzycy brzmią świeżo i z polotem – niczym rozpoczynający dopiero karierę młody zespół pełen entuzjazmu, energii i pomysłów.

Na Behind the Sun w uszy najbardziej rzuca się muzyczna różnorodność. Motorpsycho nie zamyka się na żaden pokrewny muzyce rockowej gatunek. W trakcie godzinnego odsłuchu płyty trafimy i na heavy blues rock ze stonerowym zacięciem (On a Plate), i na porywające połączenie progrockowych szaleństw i psychodelicznych, improwizowanych odlotów (Kvæstor incl. Where Greyhounds Dare – genialny tytuł, będący nawiązaniem do Maidenowego Where Eagles Dare, podobnie jak i kilka fragmentów tej kompozycji), a także na przejmujące, przenikliwe smuty rodem z twórczości pewnego znanego islandzkiego zespołu. Zanim jednak usłyszymy tego typu brzmienia, grupa proponuje intrygującą mieszankę melodyjnego prog rocka w stylu Yes lub wczesnego Genesis i brzmień pop-rockowych z późnych lat 60. w otwierającym płytę utworze Cloudwalker (A Darker Blue). Jest lekkość, są melodie i sprawnie zrobione wielogłosy, jest polot i dynamika. Bardzo floydowo (w stylu akustycznych numerów z okolic płyty Meddle) robi się na początku Hell – kompozycji, której pierwsze trzy części znalazły się na poprzednim krążku grupy – Still Life Within Eggplant. Na Behind the Sun słyszymy części od czwartej do szóstej, a następnie, na zakończenie albumu, część siódmą. W sumie daje nam to równe 20 minut znakomitej muzyki w klimatach melodyjnego prog rocka. W trakcie pierwszej z dwóch ścieżek, na które podzielono tu Hell, znajdziemy i brzmienia akustyczne, i intrygujące tło klawiszowe dominujące w spokojniejszej, niezwykle delikatnej części kompozycji, i świetny, wkręcający słuchacza, nieco orientalny klimat. Dużo spokojniej i bardzo przyjemnie jest w numerze Entropy. Trochę tu ze starszego Genesis czy z solowych dokonań Petera Gabriela. Dominują wysokie, wielościeżkowe wokale, gęsty aranż, nieco melancholijny klimat i wpadająca w ucho melodia. Dla odmiany The Magic & the Wonder (A Love Theme) to dynamiczny, choć chwilami nieco chaotyczny numer ze świetnie brzmiącą, przybrudzoną gitarą. Jeszcze ciężej robi się we wspomnianej już siódmej części Hell, która kończy album. Muzycy atakują jazgotliwą mieszanką rockowej psychodelii i stonerowego brudu, z domieszką nieco histerycznych wielogłosów. Wszystko to razem tworzy mocno klaustrofobiczny, zwariowany klimat, który w środku płyty byłby pewnie ciężkostrawny, ale na sam koniec tego zróżnicowanego muzycznie albumu pasuje całkiem nieźle. Jest też na tym krążku trochę indie rocka. Do dziś nie wiem, o co w tym chodzi, ale zauważyłem pewną zależność – zazwyczaj tym mianem określa się pseudorockowe nudy bez odrobiny jaj. Niestety i taki fragment trafia się na Behind the Sun, ale na szczęście jest tak zauważalny, jak obecność Mniejszości Niemieckiej w parlamencie RP.

Różnorodność stylistyczna to chyba największa zaleta nie tylko tego krążka, ale także całej twórczości Motorpsycho. Z drugiej strony – pewnie niektórzy odczytają to jako brak własnego stylu i jasno obranego kierunku, a skakanie po gatunkach będzie dla nich przeszkodą nie do przejścia przy próbach polubienia muzyki tej grupy. Mnie to jednak nie przeszkadza. Panowie próbują różnych brzmień, z niemal każdej próby wychodzą obronną ręką, całość brzmi świeżo, dynamicznie, intrygująco i przede wszystkim – tak po prostu – świetnie się tego słucha. Warto też wspomnieć o pewnej ciekawostce związanej z winylowym wydaniem Behind the Sun. Na początku czarnego krążka znajdziemy dwa utwory instrumentalne, których próżno szukać w wersji CD, ale obie kompozycje zostały wytłoczone na tym samym obszarze płyty, zatem ustawiając igłę na początek strony A, nie wiemy, który numer usłyszymy. Czego to ludzie nie wymyślą…

---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

sobota, 15 listopada 2014

Three Seasons - Grow [2014]


Całkiem niedawno pisałem o tegorocznej płycie szwedzkiej formacji Siena Root. Tymczasem były muzyk tej grupy – Sartez Faraj – od kilku lat nagrywa z nowym zespołem, Three Seasons. Grow to trzeci krążek formacji i – co nie jest niespodzianką dla tych, którzy zetknęli się z dwiema poprzednimi propozycjami tego tria – panowie oferują słuchaczom kilkadziesiąt minut bardzo klimatycznego, gitarowo-organowego prog rocka w klimatach przełomu lat 60. i 70. Podobnie jak większość moich ulubionych szwedzkości, płyta ukazała się nakładem Transubstans Records, co czyni ją trudną, choć nie niemożliwą do zdobycia w naszym pięknym kraju. A jednak jeśli jesteś, czytaczu, fanem nieco archaicznego, lecz bardzo urokliwego progresywnego grania z Hammondami w roli głównej, powinieneś zdobyć się na wysiłek odszukania Grow w polskich sklepach stacjonarnych lub internetowych, albowiem powiadam ci – album ten to 49 minut wielkiej muzycznej przyjemności.

Powiedzmy sobie szczerze – nie jest to jakaś wielce odkrywcza muzyka. Panowie absolutnie nie bawią się w bezczelne kopiowanie wielkich, ale przecież z kombinacji gitary, basu, perkusji i organów Hammonda nic nowego się już w zasadzie nie wymyśli. Tyle że, mimo cudownego brzmienia takiej mieszanki, można całkowicie sknocić płytę, nie mając pomysłu na dobre numery i chwytliwe melodie. Sartez i spółka na szczęście umiejętność tworzenia kompozycji opanowali w stopniu bardzo zadowalającym, dzięki czemu moje odczucia po wielokrotnym wysłuchaniu trzeciego krążka Three Seasons są niezwykle pozytywne. Z pewnością coś dla siebie znajdą tu fani bluesrockowych grup pokroju Cream czy Free. Zamykający krążek utwór Familiar Song (czyżby sarkazm?) oferuje wspaniałe brzmienie gitary i świetną podbudowę rytmiczną, choć oczywiście podparcie aranżu organami sprawia, że całość może rozwijać się w nieco innym kierunku niż typowe kompozycje wspomnianego tria z Londynu. Heavy blues rock dominuje także w kompozycjach takich jak Drowning (utwór promujący płytę) czy Fool for the Day. To bardziej zwarte numery, z odrobinę bardziej tradycyjną strukturą, choć niepozbawione uroku, bo czy można nie lubić połączenia przesterowanej gitary i Hammondów? Ale ta płyta to także psychodeliczne, progrockowe improwizacje, choć nieco bardziej wyważone niż w przypadku odjazdów znanych z dwóch poprzednich albumów. W No Shame panowie odpływają w swoich muzycznych podróżach, choć nigdy nie cierpi na tym struktura utworu. Za to mamy bardzo przyjemne solo organowe, chyba po raz pierwszy na tym albumie.

Moim faworytem na krążku jest jedyny instrumentalny utwór w zestawie – Tablas of Bahar. Na początek jest spokojnie i dostojnie: delikatne tło organowe i spokojne wejście gitary elektrycznej z delikatnymi wstawkami gitary akustycznej. Szybko jednak robi się ciężej dzięki dobremu, „brudnemu” riffowi, a z każdą kolejną sekundą Sartez tnie na swojej gitarze coraz przyjemniej. Całość jednak nawiązuje raczej do brzmienia grup typu Procol Harum, niż Deep Purple czy Uriah Heep, z którymi mieszanka hammondowo-gitarowa jest najczęściej utożsamiana. Chwilowe przerwy w dostawie prądu (czyt. wyciszenia) tylko dodają uroku tej kompozycji. No i to brzmienie – wspaniała, brudna gitara, bardzo sprawna i świetnie współpracująca sekcja rytmiczna, a to wszystko polane hammondowym sosem. W dodatku muzycy nie silą się na nowoczesne brzmienie. Gdyby ktoś próbował wmówić mi, że ten krążek powstał 40 lat temu, uwierzyłbym bez cienia wątpliwości, bo tak faktycznie brzmi. Ma to jednak pewne minusy. Wokale Sarteza czasami giną w miksie przykryte gęstą warstwą instrumentalnej przyjemności (Which Way). Bywa też tak, że lider grupy przesadza trochę z ekspresją i wczuciem się w swoją robotę, a w połączeniu z jego wysokim głosem daje to nie do końca przyjemny efekt (kilka momentów w Familiar Song). To jednak drobiazgi nie wpływające znacząco na odbiór całości.

Urok tej płyty leży w dużej mierze w szczegółach – nie tylko stricte muzycznych. W wewnętrznej części okładki wydawnictwa znajdujemy tradycyjne informacje o twórcach krążka, autorach grafiki i zdjęć, jednak nie otrzymujemy ich w postaci suchych danych w rubrykach, a w formie opisowej. Może to drobnostka, ale sprawia, że jakoś więcej w tym człowieczeństwa i bezpośredniej relacji muzyków z fanami. Dowiadujemy się też przy okazji, że całość powstała w wyniku improwizacji w studio i została zarejestrowana na żywo, na analogowym sprzęcie „z epoki”, by uzyskać pożądane brzmienie. Ktoś może powiedzieć, że to lekka przesada, ale jeśli są jeszcze zapaleńcy, którzy lubią się „bawić” w ten sposób, to czemu im tego zabraniać? Panowie świetnie czują się w takich klimatach i jeśli tylko są w stanie zainteresować nimi słuchaczy (mnie zainteresowali…), to wypada życzyć im stałego przypływu muzycznych inspiracji i dużo wytrwałości, bo niestety w dzisiejszych czasach graniem takiej muzyki fortuny się nie zarobi, ani wielkiej sławy się nie zdobędzie (choć 14. miejsce na liście sprzedaży w Szwecji to wynik bardzo dobry). Ale mój „wielki szacun” mają, jeśli to dla nich jakieś pocieszenie.

---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

czwartek, 13 listopada 2014

Kamchatka - The Search Goes On [2014]


Kiedy poznaje się wiele zespołów jednocześnie, łatwo pogubić się w napływie nowych informacji i nowej muzyki. Dobrze, gdy każdego artystę można skojarzyć z jakąś cechą charakterystyczną. Gdy poznałem grupę Kamchatka, na początku utożsamiałem ją głównie z dość kiczowatymi, ale mimo wszystko intrygującymi okładkami zdobiącymi ich albumy. Jednak z każdym kolejnym odsłuchem ich dotychczasowej twórczości moja uwaga skupiała się w coraz większym stopniu na samej muzyce. Tegoroczny – piąty już – krążek szwedzkiego tria wzmógł to zainteresowanie jeszcze bardziej.

The Search Goes On nagrano w nowym składzie. Obok dwóch oryginalnych członków grupy – wokalisty i gitarzysty Thomasa Juneora Anderssona i perkusisty Tobiasa Strandvika – pojawia się nowa postać, najbardziej zresztą znana z całej trójki. To Per Wiberg, do niedawna klawiszowiec dużo popularniejszej grupy Opeth. Per nie jest jednak całkiem nową postacią w obozie Kamchatki, gdyż to właśnie on jest autorem wspomnianych już okładek ich płyt, pojawiał się także gościnnie, obsługując instrumenty klawiszowe na poprzednich wydawnictwach grupy.

Pora na przedstawienie muzyki zespołu, bo nie łudzę się – mało komu w Polsce nazwa Kamchatka kojarzy się z czymkolwiek innym niż z półwyspem na dalekim wschodzie Rosji. Panowie grają bardzo soczystego, dynamicznego i mocno gitarowego rocka, czerpiąc po równo z korzeni bluesowych, jak i z klimatów stonerowych. W efekcie powstaje bardzo ciekawa mieszanka, z jednej strony wypełniona dobrymi melodiami i efektownymi solówkami gitarowymi, z drugiej zaś solidnym rockowym łomotem i ciężkimi riffami. Pokazuje to już pierwsza kompozycja na płycie – Somedays. Sekcja rytmiczna przystępuje do natychmiastowego ataku i w zasadzie przez cały utwór Strandvik niemiłosiernie okładka swój zestaw perkusyjny, a Andersson zasypuje nas bardzo treściwymi riffami, ale w pewnym momencie zaskakuje gitarową solówką bardziej w stylu Jimmy’ego Page’a czy Slasha niż muzyków stonerowych. Tango Decadence to klimaty, które powinny przypaść do gustu fanom Clutch (Kamchatka wielokrotnie grała wspólne trasy z tą grupą) czy Queens of the Stone Age. Znakomity rytm, krótki, rwany riff i czysty rockowy czad połączony z bardzo chwytliwym refren. A do tego zaskakująca kilkusekundowa wstawka pod koniec, która nawiązuje do tytułu utworu. Muzycy nie zwalniają tempa i nie zdejmują nogi z gazu ani na moment. Spora część z dziesięciu kompozycji na The Search Goes On przynosi solidną dawkę rockowego łojenia zamkniętą w przedziale od trzech do pięciu minut, choć na pewno nie można powiedzieć, że panowie jadą „na jedno kopyto”. Czasami podsuną słuchaczowi przyjemny motyw basowy i porywający choć dość prosty riff (Coast to Coast), innym razem pograją tak, że pewnie Joe Bonamassa żałowałby, że to nie on wpadł na coś takiego, gdyby tylko trafił kiedyś na ten krążek (Pressure). Nieco wolniej choć wcale nie sentymentalnie czy łzawo robi się w kompozycji Broken Man. Początek niczym z najlepszych ballad Eltona Johna choć przepuszczonych przez rockowy filtr, a dalej porywająca solówka gitarowa i niemal podniosłe zakończenie. Spokojniej jest także w Cross the Distance i to też jest kompozycja, która spodoba się bardziej zwolennikom klimatów bluesrockowych, choć absolutnie nie ma tu mowy o depresyjnym smęceniu czy rozwlekaniu numeru opartego na jednym motywie do granic przyzwoitości. Blues rock w wersji Kamchatki to wciąż zwarte, treściwe kompozycje, które świetnie współgrają z bardziej dynamiczną częścią płyty.



The Search Goes On oferuje nieco ponad czterdzieści minut niezwykle przyjemnej rockowej jazdy. Nie brak tu ciężaru, ale przyprawionego wpadającymi natychmiast w ucho melodiami. Nie bez znaczenia jest to, że Anderssona wspiera wokalnie Wiberg. Ich dwugłosy w kilku kompozycjach brzmią naprawdę świetnie i sprawiają, że całość jest znacznie przystępniejsza i spodoba się nawet tym, którzy może niekoniecznie gustują w czysto stonerowych klimatach. Kamchatka to jeden z tych zespołów, które prawdopodobnie nigdy nie zdobędą licznej rzeczy fanów i nie będą wypełniały dużych sal koncertowych na całym świecie, ale niemal każdy miłośnik dobrych rockowych klimatów, który jakimś cudem trafi na ich płytę, będzie wracał do twórczości tej grupy, bo to bardzo szczera, dynamiczna muzyka tworzona przez znakomitych muzyków.

---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

wtorek, 11 listopada 2014

Cochise - Łódź [Iron Horse], 8 XI 2014 [galeria zdjęć]

W Łodzi jak to w Łodzi - tłumów na koncertach innych niż te wielkie, odbywające się w Atlas Arenie, nie ma. Trudno było więc oczekiwać ich na występie Cochise w pubie Iron Horse. Mimo wszystko frekwencję można uznać za przyzwoitą, fanom pod sceną brak ścisku raczej nie przeszkadzał w dobrej zabawie, a i sam zespół czuł się chyba całkiem nieźle na maleńkiej scenie najbardziej klimatycznego lokalu w mieście Łodzi. Przed ekipą dowodzoną przez Pawła Małaszyńskiego wystąpiła krakowska grupa Xposure. Niestety obowiązki radiowca nie pozwoliły mi na dotarcie na ich występ, ale jeszcze w tym roku powinniście przeczytać tutaj kilka słów o ich tegorocznej płycie.


















Więcej zdjęć tutaj: https://www.flickr.com/photos/jakubbizonmichalski/sets/72157646898416434/

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. Nie bądź bucem, nie kradnij cudzej własności. Chcesz się nimi podzielić - podlinkuj ten wpis.

---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji 

poniedziałek, 10 listopada 2014

Foo Fighters - Sonic Highways [2014]


I jak tu nie uwielbiać Dave’a Grohla? Facet jest tak pozytywnie zakręcony na punkcie muzyki i jej historii, że każdy jego nowy pomysł jest fantastyczną gratką dla tych z fanów, którym nie wystarczają same dźwięki. Co tym razem wymyślił lider Foo Fighters? Ósma płyta zespołu to osiem kompozycji zarejestrowanych w ośmiu różnych miastach, z ośmioma lokalnymi gośćmi uświetniającymi każdy z kawałków na płycie i z ośm… dziewięcioma różnymi okładkami zdobiącymi Sonic Highways. Do tego ośmioodcinkowy dokument w HBO, zapowiadający album i przedstawiający fanom historię każdej kompozycji oraz przede wszystkim opowiadający o muzycznej scenie danego miasta. A nie można było po prostu wejść do studia i nagrać płytę, a potem wydać ją, stosując sprawdzone promocyjne metody? Można było, ale czy właśnie nie za takie szaleństwa uwielbiamy Grohla?

Kolejnym nietypowym zagraniem ze strony grupy jest to, że przed premierą płyty fani znali już większość kompozycji znajdujących się na Sonic Highways – i to całkiem legalnie. Być może niszczy to element zaskoczenia i ekscytacji w momencie pierwszego odsłuchu całości, ale z drugiej strony – podobno najbardziej lubimy te piosenki, które znamy. A otwierający album utwór Something from Nothing – z gościnnym udziałem gitarzysty Cheap Trick, Ricka Nielsena – znamy już doskonale. To jeden z tych numerów, które natychmiast wpadają w ucho i z miejsca stają się jednymi z ulubionych w dorobku kapeli. Świetne budowanie intensywności, znakomita klawiszowa, funkowa podbitka współpracującego z zespołem od dłuższego czasu Ramiego Jaffee i fantastyczne przejście z delikatnego początku do pełnego wściekłości zakończenia. No i świetny riff – co z tego, że bardzo mocno inspirowany motywem z Holy Diver? Znając Grohla, nie było to przypadkowe nawiązanie. To rzadkość, że pierwszy singiel z płyty jest jednym z najsilniejszych jej punktów, ale w przypadku tak dobrego singla nie ma co narzekać. Tym bardziej, że kolejne kompozycje trzymają bardzo wysoki poziom. Czasami jest bardziej tradycyjnie w stylu sceny Seattle, tak przecież bliskiej liderowi zespołu. The Feast and the Famine – potężna dawka rockowej energii – nieodparcie kojarzy mi się z wczesnymi płytami Pearl Jam, bo mamy tu jednocześnie rockowy ogień i wściekłość oraz sporą dawkę melodii i soczystego brzmienia. W Congregation do głowy nie przychodzi już ekipa Eddiego Veddera, a zdecydowanie sam Grohl, bo to chyba najbardziej „foofightersowy” numer na krążku, choć najbardziej intrygującym elementem tej kompozycji jest świetna, z pozoru niepasująca do tego hardrockowego hałasu partia gitary pojawiającego się tu gościnnie Zaca Browna. Ale nie zawsze dynamika i rockowy czad dominują na Sonic Highways. Choć pierwsza część What Did I Do? / God as My Witness to niezwykle chwytliwy rockowy numer, w części drugiej robi się dużo mniej typowo dla Foo Fighters. Tempo jest dużo wolniejsze, za to poziom melodyjności i chwytliwości jeszcze wzrasta, podobnie jak „bujalność”. Całość brzmi jak współczesna wersja All You Need Is Love grana z werwą Aerosmith. W dodatku pod koniec panowie częstują nas absolutnie wyborną solówką kolejnego gościa – bluesowego gitarzysty Gary’ego Clarka, Jr. To zresztą chyba najbardziej słyszalny i treściwy gościnny występ na tej płycie. Dla wielu będzie to zaskakujące oblicze Foo Fighters, jakże dalekie od mało poważnego Big Me czy wypełnionego atakami rockowej wściekłości Breakout. Nie wiem, czy zespół będzie w stanie wykonywać ten numer na koncertach, zachowując klimat studyjnego oryginału, ale na płycie kompozycja brzmi obłędnie!

Szczególną uwagę podczas odsłuchu Sonic Highways zwróciłem na dwa drobiazgi, które być może zostaną przeoczone przez większość słuchaczy, ale które dla mnie są ważnymi częściami składowymi tego krążka: chórki i klawisze. Taylor Hawkins znakomicie uzupełnia wokale Grohla, głównie w refrenach, zaś Rami Jaffee i jego instrumenty klawiszowe jako dopełnienie gęstego gitarowego brzmienia Foo Fighters to strzał w dziesiątkę, wszystko jedno, czy mowa o krótkim organowym intro w Congregation, czy o znakomitym melotronie w What Did I Do? / God as My Witness, czy w końcu o klawiszowych plamach robiących świetne tło dla gitarowej solówki Joe Walsha (Eagles) w Outside. Dobrze, że jest taki ktoś jak Rami Jaffee w Foo Fighters, choć może pora oficjalnie przyjąć go w szeregi zespołu?

Pora na trzy kompozycje, których do dnia premiery płyty nie było nam dane poznać. In the Clear to w gruncie rzeczy typowy dla brzmienia Foo Fighters numer, choć wzbogacony dzięki Preservation Hall Jazz Band o brzmienie instrumentów dętych. Dęciaki nie wysuwają się nawet na chwilę na pierwszy plan i dość łatwo wyobrazić sobie ten numer pozbawiony tych partii, ale jest to ciekawe urozmaicenie brzmienia. Jest coś bardzo tradycyjnie amerykańskiego w numerze Subterranean. Nim delikatny jazgot gitar połączy ten numer z ostatnią kompozycją na płycie, słuchamy dość stonowanego kawałka zbudowanego wokół podkładu gitary akustycznej. Bardzo ciepłe, „przytulne” brzmienie, łkająca w tle gitara i nałożone na siebie ścieżki wokali, które dla odmiany po wcześniejszych kompozycjach są niezwykle subtelne – takiego numeru pewnie prędzej należałoby się spodziewać po Tomie Pettym niż po Grohlu i jego kolegach. Ale Foo Fighters sprawdzają się w takim klimacie, a po sześciu minutach – gdy utwór przechodzi płynnie w I Am a River – czuję nawet pewien żal, że to już koniec, bo to jeden z tych numerów, w których teoretycznie nie dzieje się wiele, ale płyną tak wspaniale, że chciałoby się ich słuchać bez końca. Choć w zasadzie może nie ma czego żałować, bo wspomniane I Am the River – kompozycja zamykająca płytę – także oferuje zbliżony klimat, przynajmniej przez pierwsze trzy minuty. Potem jest nieco głośniej, niemal podniośle i cholernie melodyjnie. I nawet jeśli Dave powtarza słowa z tytułu (czyli jedyne, które padają w refrenie) dobrą minutę za długo, to wybaczam mu, bo w końcu przedsięwzięcie, w które włożył tyle czasu, pracy i serca, musi mieć porządny, misternie zbudowany finał.

Dave Grohl to bezsprzecznie muzyczny wariat. Zupełnie jak ja, tylko on jest o niebo zdolniejszy, bo potrafi tworzyć, a nie tylko ekscytować się brzmieniami i ich historią. Ale jeden wariat drugiego zawsze zrozumie i ja rozumiem, o co tu chodzi i ekscytuję się tym wszystkim, co dzieje się dookoła tej płyty niemal w równym stopniu, co samym krążkiem. Jestem przekonany, że wiele osób będzie marudzić na to, że Dave Grohl znowu kręci dokumenty, żeby ludzie słuchali, co on sądzi o swojej ulubionej muzyce. Wiecie co? Ja chętnie posłucham. Ale to nie jest płyta idealna. Dave Grohl tak dobrze zbudował całą otoczkę wydania Sonic Highways, że czuję pewien niedosyt spowodowany zbyt niewielkim wpływem poszczególnych miast na nagrywane w nich dźwięki. Z drugiej strony, trudno było oczekiwać, że kolejne kompozycje na płycie będą prezentowały zupełnie odmienne gatunki – jak blues, jazz, country czy punk – odpowiednio „sfoofighteryzowane” według wizji Grohla i jego zespołu. Pewnie byłoby też miło słyszeć nieco większy udział zaproszonych gości, ale z drugiej strony – czy wtedy wciąż mówilibyśmy o płycie Foo Fighters? Panowie nagrali naprawdę dobry album, którego świetnie się słucha. Czy to najlepsza płyta Foo Fighters? Nie wiem. Ale na pewno to mój ulubiony album tej grupy. Ten rok należy w zdecydowanej większości do młokosów – weterani albo kompletnie zawodzili, albo nagrywali krążki co najwyżej dobre. Miło dla odmiany słyszeć naprawdę świetne wydawnictwo od muzyków, którzy niczego nikomu nie muszą już udowadniać i mogą bawić się procesem twórczym i całą otoczką do woli, bez szkody dla jakości kompozycji. Grohl – ty cholero – znowu ci się udało!

---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

sobota, 8 listopada 2014

Pink Floyd - The Endless River [2014]


To dla mnie nowość. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek będę miał okazję przesłuchiwać nowy krążek Pink Floyd. Poprzedni album zespołu ukazał się w dzień moich jedenastych urodzin (mimochodem informuję zatem czytelniczki o swoim wieku…), a grupę tę kojarzyłem wtedy ledwie z dwiema czy trzema kompozycjami, które wtedy jeszcze nie wzbudzały we mnie jakiegoś olbrzymiego entuzjazmu. A jednak zupełnie niespodziewanie nasze pokolenie otrzymało szansę ekscytowania się premierą „nowej” płyty Pink Floyd. Tylko czy poza samym faktem premiery tego krążka jest się czym tak bardzo ekscytować? O historii powstawania The Endless River nie ma się co rozpisywać, bo każdy zainteresowany wie, z czym mamy do czynienia. W skrócie: w okolicach sesji do The Division Bell panowie bawili się trochę z instrumentalnym materiałem, nazwanym roboczo The Big Spliff. Podobno „natrzaskali” tego z 20 godzin, ale do tej pory fani nie mieli okazji usłyszeć tego, co zostało zarejestrowane. Niewielka porcja tej muzyki została wykrojona, spreparowana, uzupełniona nowymi partiami, et voilá – mamy nowy krążek Pink Floyd. Nie jest zatem do końca tak, że to odrzuty z The Division Bell. Być może czas rejestracji części ścieżek jest podobny, ale należy tę płytę traktować jako odrębny projekt. Tym bardziej, że muzyka zawarta na The Endless River jedynie fragmentami nawiązuje brzmieniem do ostatniego do tej pory studyjnego krążka Floydów.

Co warte podkreślenia – zdecydowana większość materiału na The Endless River to numery instrumentalne. Wokale pojawiają się dopiero w singlowym Louder Than Words, które zamyka krążek. Pozostałe utwory tworzą swego rodzaju bloki złożone z przenikających się kompozycji. Pierwszy z takich bloków, składający się z trzech kawałków – Things Left Unsaid, It’s What We Do i Ebb and Flow – to bardzo przyjemne, typowo floydowe wprowadzenie do płyty. Nie da się ukryć, że sporo tu klimatu z pierwszych kilku minut Shine On You Crazy Diamond (plus lekkie echa Welcome to the Machine), zwłaszcza w drugiej z tych kompozycji, bo otwierające płytę Things Left Unsaid to zlepek kosmicznych dźwięków, który leci sobie i leci, i jakoś zupełnie nie przykuwa uwagi. Jednak o ile Shine On… cały czas dokądś zmierzało, w It’s What We Do czuję, jakbym słuchał po prostu jakiejś alternatywnej wersji tego motywu, która jednak sama w sobie do niczego więcej nie prowadzi. Ten tryptyk to ładne otwarcie płyty, ale odnoszę wrażenie, że zespół bawi się dobrze znanym motywem, a na to miejsce jest raczej podczas koncertów, nie na płytach studyjnych. Nieco dynamiczniej jest w drugim bloku. Następne dwanaście minut rozłożono na cztery kolejne kompozycje, podczas których podróżujemy od rejonów spacerockowych w Sun, przez klimaty elektroniczne i ambientowe w Skins i Unsung , aż po niespecjalnie ekscytujący i zaczynający się jakby zupełnie bez związku z prowadzącymi do niego numerami utwór Anisina, w którym na tle dość miałkiego fortepianowego tła produkuje nam się pan saksofonista, Gilad Atzmon. I choć David Gilmour stara się przemycić nieco floydowego klimatu w tle, ozdabiając kompozycję bardzo przyjemnie brzmiącą gitarą, całość brzmi jak luźna i mało porywająca wariacja na temat motywu z Chariots of Fire.

Niespecjalnie porywa trzeci blok, na który składa się sześć niespełna dwuminutowych fragmentów muzycznych (nie ośmielę się nazwać ich kompozycjami) oraz trzyipółminutowe zwieńczenie zatytułowane Talkin’ Hawkin’. Na początku tej części (The Lost Art of Conversation) słyszymy muzykę, która całkiem nieźle sprawdzałaby się jako tło w filmie, jednak dość niepotrzebne wstawki gitary w On Noodle Street, które w założeniu miały chyba przypomnieć słuchaczom, że to wciąż płyta Pink Floyd, nieco burzą ten klimat i tak naprawdę nie wiadomo już, o co w tym wszystkim chodzi. Nagle z tej dość niefortunnej muzycznej zbitki wyłania się niezwykle floydowy motyw, który prowadzi utwór Allons-y (1). Ale to znowu nie są klimaty zbliżone do The Division Bell, jak można by się spodziewać, ale raczej do co żywszych partii The Wall lub do kompozycji One of These Days. Motyw ten podtrzymuje zresztą Allons-y (2), choć oba fragmenty przedzielono jeszcze nagraną w Royal Albert Hall w 1968 roku organową miniaturką zatytułowaną Autumn ’68 (pamiętacie Summer ’68 z płyty Atom Heart Mother – ostatnią kompozycję w dyskografii Pink Floyd z tekstem napisanym w całości przez Ricka Wrighta? A to cwaniaki, ci Floydzi). Na koniec tej części mamy jeszcze wspomniane Talkin’ Hawkin’, które – zgodnie z tytułem – jest zbitką cytatów z profesora Stephena Hawkinga, nałożonych na bardzo przyjemne, „pejzażowe” tło muzyczne. Nie jest to może szczyt oryginalności, ale tego typu klimaty w wykonaniu tych panów są zawsze mile widziane, nawet jeśli słyszeliśmy je już przynajmniej w kilkunastu innych kompozycjach.

Ostatnia część albumu – składająca się z czterech fragmentów – zaczyna się całkiem ciekawie. Dość chłodny, ambientowy klimat początku Calling przeradza się jednak pod koniec w mocno banalny, „filmowy” motyw, czym szybko gasi moją nadzieję, że może chociaż ostatni blok muzyczny na The Endless River będzie udany od początku do końca. W Eyes to Pearls znów powracają dalekie echa One of These Days, choć tym razem w dużo spokojniejszym wydaniu. Część instrumentalną ostatniego bloku wieńczy Surfacing, które jest w zasadzie gitarowym popisem Davida Gilmoura. Gitarzysta nagrał wiele partii gitar, która trafiają do mnie znacznie mocniej i sieją emocjonalne spustoszenie w moim organizmie dużo skuteczniej, ale każdy fan Floydów przyzna, że zawsze miło posłuchać tej gitary jeszcze przez trzy kolejne minuty, choćby nic wielkiego tam się nie działo. A na deser jedyna „piosenka” na albumie – Louder Than Words, które już stało się hitem nad Wisłą. Te ostatnie sześć i pół minuty albumu The Endless River i zapewne dyskografii Pink Floyd to chyba jedyny moment, kiedy David Gilmour, Rick Wright, Nick Mason i towarzyszący im muzycy faktycznie zbliżają się klimatem do płyty The Division Bell. Jest niezwykle melodyjnie, podniośle, z piękną partią gitary, z bogato zaaranżowanymi chórkami – ot, typowy klimat Pink Floyd ery gilmourowskiej. Znam wiele bardziej interesujących kompozycji tej grupy, ale to przyjemne zwieńczenie płyty i studyjnej dyskografii zespołu, choć nie tak udane jak w przypadku High Hopes z The Division Bell, które to miano nosiło do tego tygodnia.

Muszę przyznać, że mam problem z tą płytą. Z jednej strony słucha mi się jej całkiem przyjemnie i w zasadzie poza utworem Anisina nie ma tu fragmentów, które by mnie irytowały. Z drugiej jednak strony nie ma także nic, czym mógłbym się naprawdę zachwycić. Owszem, jest momentami ten klimat, jest ta gitara, są te klawisze, a nawet na sam koniec ten wokal. Całość jest na tyle przyjemna, że na pewno będę do tej płyty wracał częściej, niż do The Final Cut, które – mimo kilku fenomenalnych utworów – jest dla mnie długimi fragmentami niestrawne. A jednak odmawiam traktowania The Endless River jako pełnoprawnej płyty studyjnej Pink Floyd. Nie chcę jej tak traktować, bo i chyba sam zespół nie chciał do końca tego robić. W przeciwnym razie zapewne otrzymalibyśmy kolejne dwie lub trzy pełnoprawne kompozycje typu Louder Than Words, które spajałyby poszczególne części tego albumu i stwarzały wrażenie, że faktycznie mamy do czynienia z płytą zawierającą skończone utwory, a nie jedynie ich fragmenty mniej lub bardziej luźno ze sobą powiązane. Uważam, że umieszczenie tylko jednej tradycyjnej kompozycji na krążku było celowym działaniem, mającym utwierdzić słuchacza w przekonaniu, że nie jest to po prostu kolejna studyjna płyta, ale coś, co należy traktować w nieco innych kategoriach. Tak też zamierzam robić. Jednak pomimo tego, że pisałem o traktowaniu The Endless River jako odrębnego projektu, a nie uzupełnienia do The Division Bell (bo i stylistycznie poza ostatnim utworem płyta ta z poprzedniczką nie ma wiele wspólnego), uważam że lepiej by zrobiono, gdyby The Endless River ukazało się jako część poszerzonej wersji The Division Bell, która trafiła do sklepów ledwie kilka miesięcy temu. The Endless River broni się całkiem nieźle jako suplement, znacznie gorzej jako pełnoprawny album studyjny.

The water flowing
The endless river
Forever and ever


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

czwartek, 6 listopada 2014

Bjørn Riis - Lullabies in a Car Crash [2014]


Gdy kota nie ma… No dobrze, może wokalista grupy Airbag, Asle Tostrup, nie jest kotem, a jego kolegów z zespołu trudno pomylić z myszami, ale podczas gdy Asle przemierza świat, pozostali muzycy norweskiego zespołu musieli zająć się czymś innym. Bjørn Riis – gitarzysta, główny tekściarz i jeden z głównych kompozytorów grupy – zajął się swoją pierwszą płytą solową. Kilka miesięcy temu Tostrup oznajmił kolegom, że wybiera się w roczną podróż dookoła świata, więc na nowy krążek Airbag przyjdzie nam chwilę poczekać, ale… nie do końca. Lullabies in a Car Crash brzmi bowiem całkiem znajomo.

6 kompozycji – 51 minut. Lubicie zwarte formy muzyczne i dynamiczne, rockowe granie sformatowane do następujących po sobie zwrotek i refrenów? Idźcie sobie stąd, tu takiego nie ma. Poza czterominutowym albumowym otwieraczem – A New Day – wszystkie kompozycje to dalekie muzyczne podróże, a dalekich podróży nie streszcza się przecież w paru minutach opowieści. Zresztą wspomniane A New Day to raczej klawiszowo-gitarowe, dość mroczne intro niż samodzielny utwór muzyczny. Pierwszą właściwą kompozycją jest Stay Calm i od pierwszych jej sekund słychać wyraźnie, że ten numer to niewykorzystany kawałek Airbag. Wiele osób twierdzi, że Norwegowie zbyt mocno wzorują się na Pink Floyd, a sam Riis to młodsza wersja Gilmoura, ale okazuje się, że przez lata zespół wypracował swój charakterystyczny styl, skoro nawet pod innym szyldem rozpoznanie kompozycji napisanej dla Airbag nie stanowi żadnego problemu. Słychać to nawet w melodii ścieżek wokalnych. Asle ma nieco wyższy głos niż Riis, ale sposób śpiewania obu panów jest całkiem zbliżony, co także pomaga w utożsamianiu tego materiału z macierzystym zespołem gitarzysty. Wbrew tytułowi, trudno pozostać spokojnym przy Stay Calm, kiedy gość wygrywa na gitarze tak piękne melodie, jak pod koniec numeru. Podkład rytmiczny i dodatkowe partie gitary w tle przywodzą na myśl fragmenty kompozycji Homesick I-III zamykającej drugą płytę Airbag – All Rights Removed. Pewnie można by kręcić nieco nosem na te podobieństwa, ale czy naprawdę ktoś kochający tego typu muzykę będzie w stanie nie zachwycać się cudownie płynącym Disappear, z absolutnie piękną partią gitary, która niemal dośpiewuje swoje własne słowa do tej kompozycji? Urzeka także nieco wilsonowe Out of Reach. Wciąż w aranżacji dominuje gitara, ale tym razem przez dobrą połowę utworu Riis gra niezwykle delikatnie, tworząc bardzo przytulny, balladowy nastrój.

Umiejętne budowanie nastroju to zresztą cecha, którą zarówno u Airbag, jak i u Riisa jako artysty solowego bardzo cenię. Niektóre zespoły wyciągają na siłę swoje kompozycje, męczą słuchacza kilkunastominutowymi kolosami, które spokojnie mogłyby być przynajmniej o połowę krótsze. W tym przypadku nie mam tego problemu – kompozycje Riisa „łykam” w całości, ani przez chwilę nie odczuwając znużenia materiałem. Nawet jeśli muzyk nie zarzuca mnie co chwilę zmianami tempa czy nastroju, wciąż mam odczucie, ze sporo się tu dzieje. The Chase to kompozycja, która chyba jako jedyna odbiega nieco od airbagowego klimatu, choć także niezbyt daleko. Pierwsza część jest dość dynamiczna, z kolejną fantastyczną partią gitary na tle wciągającego motywu sekcji rytmicznej, ale to raczej muzyka, której prędzej spodziewałbym się na przykład na wydawnictwie Riverside. Drugi fragment tego instrumentalnego numeru to z kolei nieco mroczniejszy, chłodniejszy klimat, podkreślany dodatkowo powtarzającym się motywem z automatu perkusyjnego oraz dużo oszczędniejszy aranż, choć całość wieńczy powrót do dynamiczniejszych motywów, których na płycie Airbag faktycznie pewnie byśmy nie znaleźli. Mocne, rwane, rytmiczne riffy? A to odmiana! Gdyby ktoś puścił mi tylko kilkanaście sekund z przełomu szóstej i siódmej minuty, postawiłbym w ciemno, że to jakiś progmetalowy band bawi się stylistyką nu-metalową. Udany eksperyment, choć cieszę się, że to zaledwie chwilowy wyskok w te muzyczne rejony. Podobnie jak w przypadku dwóch ostatnich płyt Airbag, Lullabies in a Car Crash zamyka zdecydowanie najdłuższa kompozycja na albumie – ponadtrzynastominutowy utwór tytułowy. I tu znowu mamy mieszankę nastrojów i natężeń dźwięku. Kilka spokojnych minut, gdy „płyniemy” razem z Riisem i wkręcamy się w ten nieco floydowi klimat i przerwa gdzieś w środku, gdy nagle tę sielankę burzy mocniejsze, niemal metalowe przyłożenie. Zresztą po chwili spokoju ten mocniejszy motyw powraca i prowadzi numer niemal do samego końca. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że ostatnia minuta stopniowego wyciszenia wszelkich odgłosów jest tu dodana trochę na siłę, bo zakończenie krążka takim mocnym uderzeniem dynamicznego gitarowego riffu byłoby chyba bardziej zaskakujące.

Lullabies in a Car Crash brzmi zupełnie jak Airbag i w zasadzie trudno się temu dziwić. Co prawda Bjørn mógłby zechcieć na swoim solowym krążku zawrzeć pomysły, które może niekoniecznie pasowałyby do twórczości Airbag, ale być może na razie nie czuje takiej potrzeby. Wspominał, że niektóre z utworów na solowej płycie po prostu nie nadawały się dla Airbag, ale mam co do tego spore wątpliwości. Jestem sobie w stanie wyobrazić absolutnie każdy numer z tej płyty grany pod szyldem tej formacji, choć być może jeden czy dwa w nieco zmienionych aranżacjach. Część utworów była pisana z myślą o jego macierzystym zespole, ale nie trafiła na żaden z trzech albumów grupy. Mam jednak nadzieję, że gdy Riis i jego koledzy z Airbag zbiorą się w końcu do nagrywania nowego krążka i ruszą w trasę, uda nam się usłyszeć przynajmniej jeden lub dwa numery z Lullabies in a Car Crash na żywo, bo to bardzo udane wydawnictwo, a do tego tak „airbagowe”, że aż szkoda by było, gdyby fani tego zespołu zostali pozbawieni przyjemności koncertowego kontaktu z tym materiałem. Tym bardziej, że na płycie usłyszymy także perkusistę Airbag, Henrika Fossuma, a i „wielki nieobecny” – Asle – miał w wydaniu tego albumu swój mały udział, bo był współtwórcą szaty graficznej uzupełniającej fantastyczną okładkę płyty narysowaną przez samego Riisa i dołożył też swoje trzy øre w postaci różnego rodzaju efektów dźwiękowych.

---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

środa, 5 listopada 2014

Siena Root - Pioneers [2014]


Kiedy z cztery czy pięć lat temu po raz pierwszy zainteresowałem się przebogatym szwedzkim „rynkiem” retrorockowym, grupa Siena Root była jedną z tych, które natychmiast przykuły moją uwagę. Zespół z miejsca stał się jedną z moich ulubionych „szwedzkości”, a przy każdej kolejnej poznawanej płycie zastanawiałem się, jakim cudem nigdy wcześniej o nich nie słyszałem. Ale lata mijały, a z obozu grupy nie było słychać żadnych wieści o nowym albumie. Dochodziły natomiast słuchy o przetasowaniach personalnych, ale to akurat nie nowość – działalność Siena Root jest w dużej mierze oparta na rotacji w składzie i sporej liczbie gości, zarówno na płytach, jak i podczas występów na żywo. Ale w końcu pojawiły się pozytywne informacje: posucha płytowa dobiegła końca w tym tygodniu. W poniedziałek ukazał się piąty studyjny krążek Szwedów – Pioneers.

Do czego odnosi się tytuł płyty? Trudno powiedzieć – Szwedzi pionierami w swoim muzycznym gatunku nie zostaną, bo nagrywają dobre kilkadziesiąt lat za późno. Zatem może tytuł jest hołdem dla tych prawdziwych rockowych pionierów? To miałoby sens, bo ten album aż kipi od muzycznych hołdów dla klasycznego hardrockowego brzmienia. To w zasadzie żadna niespodzianka – Siena Root od początku sprawnie łączyli klasyczne gitarowo-organowe hardrockowe brzmienie z elementami rocka progresywnego, do tego wplatali dość obficie ścieżki instrumentów nieco bardziej egzotycznych, jak sitar, bansuri czy monochord. Jednak tym razem muzycy postawili mocno na brzmienie stricte hardrockowe, co ma swoje odbicie nie tylko w tradycyjnym rockowym instrumentarium, ale i w długości trwania kompozycji. Słuchacze zaznajomieni z twórczością Siena Root wiedzą doskonale, że grupa ta nigdy nie bała się kilkunastominutowych kompozycji, a muzycy w takich wielowarstwowych „długensach” czują się jak ryba w wodzie. Na Pioneers mamy zaledwie jeden dłuższy numer – zamykającą płytę kompozycję In My Kitchen, której ledwie kilku sekund brakuje do dziesięciu minut. Jednak pozostałe utwory mieszczą się w przedziale od trzech minut z groszami do nieco ponad pięciu, a to już jak na Siena Root rzecz niecodzienna.

Wspomniane In My Kitchen to zresztą – jak nietrudno zgadnąć – jedyny numer, w którym panowie „odjeżdżają” trochę i w swoim starym dobrym stylu dają się ponieść nieco psychodelicznemu klimatowi opartemu na bluesowych zagrywkach i znakomitych wstawkach gitary odzywającej się ponad spokojnym basowo-klawiszowym tłem. Jednak siedem wcześniejszych kompozycji to utwory nieco bardziej zwarte w formie, choć oczywiście daleko im do radiowego formatu i schematu zwrotkowo-refrenowego. Ciekawie jest od samego początku. Otwierające płytę Between the Lines momentami nawiązuje klimatem do Black Sabbath z okresu Sabbath Bloody Sabbath, choć to tylko chwilowe wrażenie. Umiejętne przechodzenie z fragmentów spokojnych do bardziej intensywnych gwarantuje utrzymanie zainteresowania słuchaczy i pokazuje, że przy oszczędniejszym aranżu i bardziej stonowanym klimacie muzycy radzą sobie równie sprawnie, co przy gęstym, wielowarstwowym tle dźwiękowym. 7 Years to pierwsza z kilku kompozycji na Pioneers, w której organy wychodzą na pewien czas na pierwszy plan, a my słyszymy solo, które równie dobrze mógłby zagrać Jon Lord. To jedna z cech charakterystycznych tego krążka – purpurowo-tęczowo-wężowe klawisze. Muzycy nie starają się ukrywać swojej miłości do muzycznej rodziny Deep Purple. Teoretycznie można by narzekać, że The Way You Turn trochę zbyt mocno w strukturze i klimacie przypomina utwór Lazy (i przy okazji kilka innych kompozycji wiadomej grupy…), ale skoro brzmi świetnie, to czemu właściwie miałbym wybrzydzać? Tym bardziej, że po dwóch purpurowych numerach w Keep on Climbing mamy zmianę klimatu – jest wolniej, ciężej, z jednej strony trochę bluesowo, z drugiej z elementami doom rocka. Doom blues? Jak zwał, tak zwał – brzmi wyśmienicie! Jeszcze bardziej bluesowo (tym razem tradycyjnie bluesowo) jest w najkrótszej kompozycji na albumie – Going Down. Głowę dałbym, że ten numer został nagrany gdzieś w okolicach 1972 roku, ale jak bez głowy słuchałbym tych świetnych kawałków z Pioneers?



Tego typu płyty to odwieczny problem recenzentów. Z jednej strony to wszystko gdzieś już było i brzmi bardzo znajomo. Niejeden słuchacz oburzy się – „mam już wszystkie płyty Deep Purple, Rainbow, Wishbone Ash, Trapeze i każdego innego zespołu z lat 70. Po cholerę mi jeszcze jakiś band ze Szwecji, który gra tak samo?” Ano może po to, że ten band brzmi absolutnie fantastycznie i bardzo się cieszę, że istnieją dziś takie zespoły. Ja wiem, że najłatwiej jest marudzić, że „nikt już dzisiaj tak nie gra”, a jak się okaże, że jednak gra, to wtedy jęczy się, że „to wszystko już przecież było”. Zamknijcie dzioby i po prostu odpalcie nową płytę Siena Root. Wmówcie sobie, ze to krążek z 1972 roku – nie będzie to trudne. Gwarantuje, że będziecie zachwyceni.

---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

poniedziałek, 3 listopada 2014

The Brew - Control [2014]


Ile znacie rockowych grup, w których grają razem ojciec z synem? Pewnie niewiele, ale powodów, by uważniej przyjrzeć się angielskiej grupie The Brew, jest znacznie więcej. Jednym z nich jest tegoroczna, piąta płyta studyjna tercetu z Grimsby – Control. Jakim cudem nie słyszałem wcześniej o tej kapeli, mimo że grają wspólnie od niemal dekady, a jeden z najprężniej działających fanklubów The Brew ma podobno siedzibę w Polsce? To pozostanie już chyba tajemnicą – ale lepiej późno niż wcale. Ścieżki – moja i The Brew – w końcu się skrzyżowały i z całą odpowiedzialnością za swoje słowa stwierdzam, że była to jedna z najmilszych muzycznych niespodzianek tego roku.

Już długość płyty – 37 minut rozłożone na 10 kompozycji – sugeruje dość mocno, że panowie z The Brew nie lubią przesadnie długiego budowania nastroju i zatracania się w zachwycie nad własnymi umiejętnościami. Zamiast tego płytę Control wypełniają dynamiczne, intensywne brzmieniowo kompozycje, których większość mieści się w przedziale czasowymi 3 – 4 minuty. Choć korzeni grupy należy szukać w stylistyce bluesrockowej, muzyka prezentowana na najnowszym krążku to raczej mieszanka klasycznych hardrockowych brzmień i brudnego brzmienia rocka wczesnych lat 90. z małą domieszką blues rocka a nawet stoner rocka.

Płytę otwierają dwa mocne, niezbyt skomplikowane numery – Repeat i Eject – które dają niezły obraz tego, co czeka nas przez kolejne kilkadziesiąt minut. Dobry rytm, bardzo treściwa gitara Jasona Barwicka, który znakomicie radzi sobie także jako główny wokalista grupy, choć nie jest klasycznym hardrockowym wokalistą w stylu Roberta Planta czy Iana Gillana. Te dwie kompozycje udanie wprowadzają nas w klimat płyty, ale pierwszy raz naprawdę ciekawie robi się podczas trzeciego numeru – Mute. Nieco spokojniejszy początek, świetnie budowany klimat i wystrzałowa druga część rodem ze sceny Seattle z bardzo sprawnym popisem sekcji rytmicznej panów Smithów – Tima (ojciec, basista) i Kurtisa (syn, perkusista). Niezwykle przyjemnie i nieco zeppelinowo robi się w Pause. Bardzo miła odmiana – panowie porzucają na czas jakiś hardrockowego kopa i skupiają się na świetnym klimacie kompozycji, zaczynając od bardzo spokojnego, oszczędnego wstępu, aż po nieco pearljamowe rozwinięcie. Bardzo dobrze, że są grupy, które nie zapomniały o tym, że nie tylko w pierwszej połowie lat 70. rock miał się wyśmienicie, ale wcale nie gorzej było dwie dekady później.

Przy okazji muzycy przypominają też o starym dobrym formacie power tria – czasami wcale nie potrzeba trzech gitarzystów i dwóch klawiszowców, żeby wszystko brzmiało soczyście i gęsto. Panowie zdają sobie także sprawę z tego, że w muzyce rockowej najważniejsza jest melodia. Control – mimo swojego ciężaru i treściwych aranżacji – jest piekielnie melodyjne. Słychać to na przykład w Fast Forward, w którym chwytliwy refren (w chórkach Barwicka wspomagają obaj Smithowie, co daje świetny efekt) przeplata się z porywającą gitarową solówką i znakomitymi wypełnieniami perkusyjnymi. Kontynuację tego klimatu mamy także w Skip. Powalające brzmienie gitary, którego nie powstydziłby się Mike McCready, przyjemne tło basowe i świetny, nieco połamany rytm, a do tego refren, który jest wprost stworzony do wspólnego śpiewania na koncertach. Zespół zadbał też o chwilę oddechu – zgodnie z tytułem i tekstem utworu w niespełna dwuipółminutowym Stop zatrzymujemy się na moment i oddychamy głęboko, podczas gdy muzycy serwują nam niezbyt skomplikowany, nieco ogniskowy numer, który przynosi chwilę wytchnienia od rockowego „hałasu”. To jednak tylko moment, bo już dzięki kolejnemu numerowi na płycie – Play – wracamy do przełomu lat 60. i 70. i klimatów bliskich fanom Cream czy Hendrixa, zaś zamykająca krążek kompozycja Rewind była co prawda napisana zapewne na gitarze akustycznej (słychać to w podkładzie, zwłaszcza w początkowej części utworu), ale rozpędza się bardzo szybko, a natężenie dźwięku rośnie niemal z każdą sekundą. Do tego numer ten niesamowicie buja i aż chciałoby się, żeby potrwał nieco dłużej, podobnie zresztą jak cała płyta. Ale może nie ma co narzekać – może właśnie te 37 minut to idealny czas, by nacieszyć się tą porcją bardzo soczystego, tradycyjnego rockowego grania.

Jak już pewnie zauważyliście, tytuły wszystkich utworów na Control odnoszą się do funkcji w odtwarzaczach muzycznych. Zapewniam was, że po kilku przesłuchaniach grupa The Brew kupi was swoją muzyką na tyle, że nie będziecie chcieli wysuwać płyty ani zatrzymywać utworów, ani tym bardziej ich omijać lub wyciszać. Jak najbardziej wskazane jest natomiast włączanie tego krążka i jego ponowne odtwarzanie. Zespół odwiedzał nasz kraj wielokrotnie – między innymi podczas tegorocznego Przystanku Woodstock – i już zapowiedział nieoficjalnie na wiosnę 2015 roku mini-trasę koncertową po Polsce. Nie mogę się doczekać!

sobota, 1 listopada 2014

Opeth - Warszawa [Klub Progresja], 27 X 2014 [galeria zdjęć]

W przeciwieństwie do Anathemy, która dwa dni wcześniej w tym samym miejscu postawiła mocno na materiał z ostatnich kilku płyt, grupa Opeth sięgnęła do niemal wszystkich swoich albumów, co z pewnością ucieszyło tych fanów, którzy po ostatnim polskim koncercie zespołu narzekali, że Mikael Åkerfeldt i jego koledzy dbają już tylko o fanów bardziej progresywnego oblicza Opeth i zaniedbują zwolenników wczesnych, deathmetalowych krążków. Było zatem niezwykle różnorodnie stylistycznie, choć oczywiście tym razem jęczeli ci, którzy woleliby usłyszeć więcej utworów z najnowszego wydawnictwa grupy - Pale Communion. Polaka nie zadowolisz... Poniżej kilka zdjęć z warszawskiego występu. Podziękowania dla Klubu Progresja za możliwość fotografowania podczas koncertu oraz dla Metal Mind Polska za sprowadzenie muzyków ponownie do naszego kraju. Więcej pod tym adresem: https://www.flickr.com/photos/jakubbizonmichalski/sets/72157648657590008/


Setlista:
Eternal Rains Will Come
Cusp of Eternity
Bleak
The Moor
Advent
Elysian Woes
Windowpane
The Devil's Orchard
April Ethereal
The Lotus Eater
The Grand Conjuration
Deliverance

















Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. Nie bądź bucem, nie kradnij cudzej własności. Chcesz się nimi podzielić - podlinkuj ten wpis.