Przyznam, że zespół The Cult
nigdy nie był mi jakoś szczególnie bliski, a w moim muzycznym życiu pojawiał
się z powodów dość zaskakujących. Pierwszy raz usłyszałem o nich na początku
lat 90., gdy zaczynałem słuchać Guns n’ Roses. Perkusistą Gunsów był w tym
czasie Matt Sorum, który – jak donosiły pseudomuzyczne szmatławce dla
nastolatków – grał wcześniej w The Cult (to akurat wyjątkowo się zgadzało). I
na długi czas w zasadzie taka wiedza o The Cult mi wystarczała. Potem
oczywiście poznałem kilka bardziej znanych nagrań typu Edie czy Fire Woman, ale
nie czułem większej potrzeby, by zaznajomić się z twórczością tej grupy
dokładniej. Mały przełom nastąpił, gdy Ian Astbury stanął na czele nowej wersji
The Doors na początku XXI wieku. Doorsów uwielbiałem już od ładnych kilku lat,
a w dodatku nadarzyła się okazja zobaczenia ówczesnego wcielenia grupy w akcji
na warszawskim Torwarze. W międzyczasie powracający po kilku latach milczenia
The Cult (ponownie z Sorumem w składzie) ustrzelił umiarkowany przebój ze
świetnym kawałkiem Painted on My Heart
napisanym przez jednoosobową fabrykę hitów Diane Warren, a ja szalałem na
drogach Vice City, wciskając gaz do dechy przy dźwiękach She Sells Sanctuary. Wciąż daleko mi było do fana, ale między mną a
The Cult powstała jakaś minimalna więź. Aż kilka tygodni temu usłyszałem jedno
z nagrań z nadchodzącej płyty Hidden City
– Deeply Ordered Chaos – i zupełnie
niespodziewanie dla samego siebie zacząłem po raz pierwszy w życiu wyczekiwać
pojawienia się nowego krążka The Cult.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hidden city. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hidden city. Pokaż wszystkie posty
środa, 10 lutego 2016
The Cult - Hidden City [2016]
Przyznam, że zespół The Cult
nigdy nie był mi jakoś szczególnie bliski, a w moim muzycznym życiu pojawiał
się z powodów dość zaskakujących. Pierwszy raz usłyszałem o nich na początku
lat 90., gdy zaczynałem słuchać Guns n’ Roses. Perkusistą Gunsów był w tym
czasie Matt Sorum, który – jak donosiły pseudomuzyczne szmatławce dla
nastolatków – grał wcześniej w The Cult (to akurat wyjątkowo się zgadzało). I
na długi czas w zasadzie taka wiedza o The Cult mi wystarczała. Potem
oczywiście poznałem kilka bardziej znanych nagrań typu Edie czy Fire Woman, ale
nie czułem większej potrzeby, by zaznajomić się z twórczością tej grupy
dokładniej. Mały przełom nastąpił, gdy Ian Astbury stanął na czele nowej wersji
The Doors na początku XXI wieku. Doorsów uwielbiałem już od ładnych kilku lat,
a w dodatku nadarzyła się okazja zobaczenia ówczesnego wcielenia grupy w akcji
na warszawskim Torwarze. W międzyczasie powracający po kilku latach milczenia
The Cult (ponownie z Sorumem w składzie) ustrzelił umiarkowany przebój ze
świetnym kawałkiem Painted on My Heart
napisanym przez jednoosobową fabrykę hitów Diane Warren, a ja szalałem na
drogach Vice City, wciskając gaz do dechy przy dźwiękach She Sells Sanctuary. Wciąż daleko mi było do fana, ale między mną a
The Cult powstała jakaś minimalna więź. Aż kilka tygodni temu usłyszałem jedno
z nagrań z nadchodzącej płyty Hidden City
– Deeply Ordered Chaos – i zupełnie
niespodziewanie dla samego siebie zacząłem po raz pierwszy w życiu wyczekiwać
pojawienia się nowego krążka The Cult.
Etykiety:
2016,
alternative rock,
camp freddy,
circus diablo,
hard rock,
hidden city,
ian astbury,
kings of chaos,
recenzja,
the cult,
the doors of the 21st century
Subskrybuj:
Posty (Atom)