Love Like Machines to czwarty album pochodzącej z Memphis formacji The Heavy
Eyes. Zwrócili moją uwagę płytą poprzednią – wydaną w 2015 roku He Dreams of Lions. Trochę kazali czekać na następcę, ale to nawet dobrze. Ciekawych
zespołów na podziemnej scenie rockowej jest obecnie tyle, że gdyby wszyscy
chcieli wydawać płyty co rok albo dwa, nikt by tego nie ogarnął nawet w
minimalnym stopniu. Więc podziękowania dla takich formacji jak The Heavy Eyes,
że wypuszczają nową muzykę na tyle rzadko, bym mógł za nimi nadążyć. Love
Like Machines zawiera zaledwie 34 minuty muzyki podzielonej na dziesięć
numerów. Nie trzeba być matematycznym orłem, żeby szybko dostrzec, że będą to
raczej krótkie rzeczy. Zaledwie jedna kompozycja przekracza cztery minuty,
kilka nie dobija nawet do trzech. Ale nic nie szkodzi. Panowie z The Heavy Eyes
łoją przyjemnego, dynamicznego, melodyjnego fuzz n’ rolla, który jest oparty
właśnie na dynamice i „wpadalności” w ucho, a nie na wielkich popisach
instrumentalnych i natchnionych improwizacjach. To zostawiają innym.
wtorek, 9 czerwca 2020
niedziela, 7 czerwca 2020
Seven Planets - Explorer [2020]
Seven Planets to kwartet z Zachodniej Wirginii, który co
prawda wydał w tym roku dopiero swoją trzecią płytę, ale zespół istnieje już od
kilkunastu lat, a – jak można wyczytać w internecie – muzycy tej formacji grali
ze sobą w różnych osobowych konfiguracjach już od przeszło ćwierć wieku. Tak,
to doświadczeni panowie, nie żadni początkujący młodzieńcy. I tak właśnie
brzmią. Jak ekipa, która wie, co robi.wtorek, 2 czerwca 2020
Fren - Where Do You Want Ghosts to Reside [2020]
Z polsko-ukraińską, stacjonującą w Krakowie formacją Fren
miałem już oczywiście styczność w formie koncertowej, w której sprawdzili się
bardzo obiecująco, zarówno w małym klubie przed psychodelicznym The Sonic Dawn,
jak i w dużej Progresji przed legendami prog rocka, grupą Caravan. Pasowali w
obu miejscach, co już świadczy o tym, że trudno jednoznacznie klasyfikować
muzykę graną przez kwartet. Trochę progresji, trochę klimatów okołojazzowych, nieco
muzyki idealnie pasującej do filmów – wszystko to wyszło udanie na koncertach.
Czas na pierwszy duży album studyjny.
środa, 27 maja 2020
Humulus - The Deep [2020]
Włoskie trio Humulus poznałem przy okazji ich poprzedniej, bardzo udanej płyty, miałem ich więc na oku. To jeden z tych zespołów, które może i nie nagrywają moich absolutnie ulubionych płyt danego rocznika, ale zawsze kręcą się gdzieś w szerokiej czołówce i wiem, że nie zawiodą. Na okładkach poprzednich wydawnictw mieliśmy już morsa i słonia z kuflami piwa oraz nosorożca, który piwa co prawda nie trzyma, ale… pewnie po prostu nigdzie go nie zauważyłem. Tym razem grafika zdobiąca album przedstawia ośmiornicę i choć piwa znowu zabrakło, to w jej mackach jest butelka ze składnikami potrzebnymi do produkcji wspomnianego trunku, więc klimat został zachowany. Zachowany został też klimat muzyczny.
czwartek, 21 maja 2020
The Dhaze - Deaf Dumb Blind [2020]
The Dhaze to trzyosobowa ekipa z Włoch, która w tym roku
debiutuje pod tym szyldem, ale z tego, co udało mi się znaleźć w internecie,
nie są to absolutnie muzycy początkujący. Deaf Dumb Blind przykuwa uwagę
w pierwszej kolejności ciekawą, klimatyczną okładką, a nawet intrygującym
logiem, ale jak się szybko okazuje, utrzymuje ją bardzo skutecznie równie
ciekawą muzyką. Choć na randkę raczej tej płyty wydanej w walentynki nie
polecam…
wtorek, 12 maja 2020
Datura4 - West Coast Highway Cosmic [2020]
Datura4 to zdecydowanie jedno z moich ciekawszych odkryć ostatnich miesięcy. To zespół z południowo-zachodniego wybrzeża Australii, który istnieje od niespełna dekady i właśnie wydał swój czwarty album, ale te dane absolutnie nie oddają doświadczenia muzyków, bo ci – w niektórych przypadkach – na australijskiej scenie rockowej obecni byli już w latach 80. To ekipa rockowych weteranów, którzy mają bogate doświadczenie i dorobek, i nawet jeśli nazwy ich wcześniejszych formacji niewiele mi mówią, jako komuś, kto nigdy się starą australijską sceną rockową nie interesował, nie można tego dorobku ignorować. Nie da się zresztą, bo w każdej sekundzie nowej płyty zespołu słychać, że panowie doskonale wiedzą, co robią, i jak mają to robić.
Etykiety:
2020,
best of 2020,
blues rock,
classic rock,
datura4,
hard rock,
psychedelic rock,
recenzja,
southern rock,
vintage rock,
west coast highway cosmic
niedziela, 3 maja 2020
Electric Hollers - s/t [2020]
Electric Hollers to trio z Holandii, które zadebiutowało
dwa lata temu albumem Rise. Ja jednak o ich istnieniu dowiedziałem się
dopiero w tym roku, przy okazji premiery płyty drugiej, zatytułowanej po prostu
Electric Hollers. Moją uwagę przykuła kapitalna okładka w klimatach
indiańsko-psychodelicznych. Byłbym bardzo niepocieszony, gdyby nie kryła się za
nią dobra muzyka. Na szczęście szybko się okazało, że i muzycznie grupa ta
trafia w mój gust niezwykle celnie.
wtorek, 28 kwietnia 2020
Pearl Jam - Gigaton [2020]
Pearl Jam to jeden z moich ulubionych
zespołów wszech czasów. Załapałem się na pierwszą falę szału na ich punkcie w
czasach złotej ery MTV niemal 30 lat temu, choć na dobre wkręciłem się w ich
muzykę gdzieś w okolicach liceum, czyli lat temu 20. Mniej więcej od czasu
wydania płyty Yield jestem już na bieżąco ze wszystkim, co robią. Na
kolejne płyty zawsze czekałem z pewną ekscytacją. W tym przypadku było jednak
trochę inaczej. Owszem, zagrali niedawno kapitalny koncert w Krakowie, ale
kłamałbym, gdybym powiedział, że nie mogłem się doczekać nowej płyty.
Poprzednia – Lightning Bolt z 2013 roku – miała swoje momenty, ale jako
całość, z perspektywy czasu, przekonuje mnie chyba najmniej z całej ich
dyskografii. Wydany dwa lata temu singiel Can’t Deny Me też jakoś mnie
nie porwał i trochę się obawiałem, że nowa płyta wywoła u mnie głównie
obojętność. I choć na pewno pozycja takich albumów jak Ten, Vs
czy Yield jest w moim rankingu ulubionych płyt Pearl Jam niezagrożona,
ogólne wrażenia po kilkunastu odsłuchach Gigaton są jednak pozytywne.
wtorek, 21 kwietnia 2020
Lucifer - Lucifer III [2020]
Szwedzko-niemiecka formacja Lucifer regularnie stawia
kolejne kroki w stronę retrorockowej czołówki. W zaledwie sześcioletniej
historii grupy następowało już wiele przetasowań w składzie, a na poprzednich
płytach grali muzycy tworzący okazałą międzynarodową mieszankę, ale od samego
początku zarządza tym wszystkim charyzmatyczna wokalistka, Johanna Sadonis.
Pierwsza płyta utrzymana była w klimatach okultystycznego doom rocka – było z
jednej strony dość melodyjnie, ale jednocześnie monetami całkiem ciężko i raczej
surowo w kwestii aranży i produkcji. To był ciekawy start, jednak według mnie
druga płyta przebiła debiut atrakcyjnością brzmienia oraz jeszcze większym
naciskiem na dobre, rockowe melodie. Po wymianie w zasadzie całego składu
Johanna odeszła nieco od doomrockowych klimatów i poszła w stronę cholernie
melodyjnego retro rocka, co bardzo mnie cieszy. Jeszcze bardziej cieszy mnie
to, że kierunek ten kontynuuje mocniej na trzecim albumie grupy, zatytułowanym Lucifer
III.
czwartek, 16 kwietnia 2020
Bohren & der Club of Gore - Patchouli Blue [2020]
Patchouli Blue to pierwszy od sześciu lat, a dziewiąty ogółem album
niemieckiej formacji Bohren & der Club of Gore. Nie znam tego, co robili
wcześniej. Trafiłem na nich zupełnie przypadkiem, odsłuchując zawartość
wielkiej paczki z nowymi płytami, która trafiła do mnie na początku lutego.
Gatunek „dark jazz/dark ambient” w połączeniu z ciekawą okładką sprawiły, że
poczułem pewną ekscytację tuż przed odpaleniem pierwszego nagrania. Miałem
przeczucie, że będzie to coś, co może przypaść mi do gustu, i choć nie do końca
przewidziałem, czego dokładnie będę słuchać, moje ogólne przewidywania się
sprawdziły. Patchouli Blue to niezwykła muzyczna opowieść.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








